Swoją pracę misyjną w Afryce rozpoczęłam w 1995 w dawnym Zairze a obecnym Kongo. Pracowałam tam jako odpowiedzialna za przychodnię i porodówkę lecząc chorych i prowadząc kampanie profilaktyczno-zapobiegawczą (szczepienia, nauczanie o zwalczaniu i zapobieganiu chorobom.). Od roku 2001 pracuje w Czadzie. Początkowo przez osiem lat pracowałam w duszpasterstwie młodzieży a obecnie od 3 lat prowadzę przychodnie „CEDIAM”. Jest to centrum diecezjalne edukacyjno-lecznicze do walki z wirusem HIV i zapobieganiu chorobie AIDS, oraz towarzyszeniu osobom chorym.Powstało ono osiem lat wcześniej z inicjatywy pani Anny Lonsdorfer (kooperantki niemieckiej) w dwóch małych pomieszczeniach parafialnych. Początkowo była tylko sensybilizacja i odwiedzanie chorych. Trzy lata później, gdy zatrudniła ona pielęgniarza, który zrobił swoją specjalizację z HIV/AIDS rozpoczęto robić testy na wykrywalność tego wirusa. Do przychodni zaczęło przychodzić coraz więcej osób, więc pomieszczenia stały się zbyt małe. Potrzebne było miejsce na laboratorium, sale konsultacji medycznych, biuro, sale na robienie counseling tzn. przygotowania do robienia testów i dawania wyników. Po pięciu latach, gdy umowa z panią Anną się skończyła i nie było, komu przejąć odpowiedzialności biskup poprosił mnie bym podjęła tę pracę.

 W roku 2008 diecezja wypożyczyła nam jeden opuszczony od kilku lat budynek do prowadzenia tej działalności dla dobra tamtejszej ludności. Rozpoczęłam od wielkiego remontu. Po kapitalnym remoncie mogę już inaczej funkcjonować. Mamy coraz więcej pracy i potrzeby są ogromne gdyż jest nas tylko dwoje a pracy przybywa. Również potrzeby materialne i finansowe są coraz większe. Potrzebujemy środków na: zakup leków, testów, sprzętu medycznego i do laboratorium, strzykawek, przyborów szkolnych dla dzieci, żywności dla sierot, wypłatę dla jeszcze jednego pielęgniarza, którego potrzeba zaangażować. Nasza działalność jest możliwa przede wszystkim dzięki wsparciu finansowym dobroczyńców.

Obecnie w leczeniu mamy ponad 340 chorych, ponadto 120 dzieci sierot i półsierot, ofiar HIV/AIDS, którym pomagamy materialnie. Kilka osób jako akompaniatorzy chorych i dzieci sierot pomaga nam w tej pracy bezinteresownie, otrzymując na koniec miesiąca drobną zachętę materialną. Od ubiegłego roku nasza przychodnia została wytypowana do szkolenia kadry medycznej w tym kierunku, więc mamy pielęgniarzy na stażach formacyjnych i praktycznych w kierunku HIV/AIDS.

Jedynie dzięki pomocy boskiej i ludzkiej możemy tam pracować w takich warunkach, w temperaturze ponad 50 stopni, dla tych najbardziej biednych, chorych, opuszczonych na większą chwalę Serca Jezusa i Maryi.  

                                                s. Róża Biegańska rscj

od godz. 10.00 do 19.00

Wielki Post przygotowuje nas do wejścia w tajemnicę śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. W tym dniu zatrzymamy się nad kontemplacją Miłości Jezusa, wydanej aż do końca. Nie szczędźmy sił, aby w zabieganej codzienności zawalczyć o przestrzeń dla Boga.

Bardzo proszę o przekazanie w swoich środowiskach, bo wzajemna zachęta jest najlepszą formą świadectwa.

Miejsce:
Marki k/Warszawy
ul. Warszawska 50

Zgłoszenia i informacje:

Zgromadzenie Najświętszego Serca Jezusa
s. Dorota Stokłosa rscj
tel. 22/644-83-82
kom.  513 720 508
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Dojazd: od Dworca Warszawa Wschodnia lub Wileńskiego autobusami nr 718, 738; przystanek: Szkolna (strefa podmiejska) plan dojścia
Pragnę przekazać Wam informacje o sytuacji jaką mamy tutaj dwa miesiące po podwójnym kataklizmie, trzęsieniu ziemi i tsunami.

Nigdy w okresie Wielkanocy nie przeżywalam w sercu tak dogłębnie Męki naszego Pana i radości zmartwychwstania. Nawet tutaj w Tokio, 250 km od terenów dotkniętych kataklizmem, nagłe, powtórne wstrząsy wciąż budzą w nas lęk. Natomiast ludzie żyjący bliżej epicentrum codziennie doświadczają silniejszych drgań. Ponad 130.000 osób żyje w punktach ewakuacji. Większość tamtejszej ludności to rolnicy, hodowcy bydła lub rybacy. Są oni bardzo mocno związani ze swoją ziemią i tylko niektórzy pragną przenieść się do Tokio lub innych bezpiecznych miejsc. Z powodu radioaktywnego wycieku z elektrowni atomowej wszystkie uprawy w promieniu 20 km musiały zostać zniszczone. Nie bez wahania pozostawiali oni krowy, świnie czy warzywa pielęgnowane z taką troską. To były naprawdę smutne, pełne łez pożegnania. Serca się krajały, gdy widziałyśmy w telewizji zwierzęta błąkające się wokół farm i szukające pożywienia.

Lokalne szpitale także zostały zburzone i chociaż medyczne zespoły wolontariuszy pośpieszyły z pomocą dotkniętym terenom, z powodu braku lekarzy i sprzętu medycznego wielu pacjentów musiało czekać w długich kolejkach. Zima powoli odeszła, ale jeszcze w połowie kwietnia, normalnie okresie kwitnienia wiśni, w nocy temperatura bywała poniżej zera, co spowodowało śmierć wielu starszych osób.

Cieszą informacje, że dzieci, które straciły swoje szkoły w tsunami rozpoczęły już naukę w różnych zakamarkach Największą radością jest to, że uczniowie szkół podstawowych i średnich są razem ze swoimi koleżankami i kolegami, co poprawia ich samopoczucie. Ludzie pokładają w nich ogromne nadzieje i bardzo się starają, aby przede wszystkim odbudowywać sale lekcyjne.

W punktach ewakuacji i szkołach pracuje też wielu psychologów w centrum ich uwagi, gdyż wielu cierpi na poczucie winy z powodu ocalenia. Dlaczego to ja żyję?. Syn starszej kobiety zginął podczas ratowania jej. Teraz ona nieustannie pyta: Dlaczego to nie ja zginęłam. Młodzi ludzie cierpią na ostry stres spowodowany widokiem pędzących fal tsunami.

Ci, którzy przeżyli cierpią, gdyż nie potrafią z nadzieją patrzeć w przyszłość, nie wiedzą, jak długo potrwa ich obecna sytuacja, przeżywają żałobę po stracie najbliższych. A ponad tym wszystkim niepokoją się tym, jak poważne i rozległe jest skażenie radioaktywne.

Jednak śmierć nie jest końcem. Prowadzi ona do nadziei życia wiecznego. Pośród tych tragicznych wydarzeń, tu i tam doświadczyłyśmy piękna ludzkiej natury, uprzejmości, solidarności, siły charakteru, który ma nadzieję, uśmiecha się, nie zagubił poczucia humoru.

W Wielką Sobotę rozważałyśmy „Drogę krzyżową za uzdrowienie Japonii”, którą Celcie Maijer rscj otrzymała od jej współpracowników z ONZ. Przetłumaczyłyśmy ją na język japoński. Jedna z sióstr płakała przez cały czas modlitwy i powiedziała, że nigdy nie odprawiała drogi krzyżowej, która by ją poruszyła tak mocno, jak ta.

Nie tylko podczas tej drogi krzyżowej, ale generalnie, głęboko czułyśmy modlitwy i wsparcie sióstr i rodziny Sacré Coeur z całego świata. Runęły mury, które oddzielały Japonię od innych krajów i została wyciągnięta do nas pomocna dłoń. Słyszałyśmy o koncertach i innych wydarzeniach mających na celu wsparcie dla Japonii. Nigdy bardziej, niż teraz nie czułyśmy, że świat jest jeden, że jesteśmy braćmi i siostrami.

W rozpaczy ofiar, które straciły wszystko w tym podwójnym kataklizmie widzimy naszego Pana odartego z szat, stojącego u stóp krzyża. Jednak w tym samym momencie, mamy obraz wolontariuszy poszukujących, pomimo złej pogody, zaginionych osób, zachęcających ofiary do tego, co mogą zrobić, o czym myśleć, naprawiający drogi, odwiedzający domy ofiar i dający nadzieję na zmartwychwstanie. (pośród wolontariuszy jest młodzież z przykościelnych grup i siostry z różnych zgromadzeń zakonnych).

To będzie krok w długiej wędrówce. Na drodze do Emaus, nasz Pan szedł z uczniami, których serca pozostawały zamknięte. Życie tak wielu osób zmieniło się radykalnie, bez żadnego ostrzeżenia. Nie znajdują oni sensu w tym co się stało, są smutni, opłakują stratę. Proszę bądźcie z nimi poprzez wasze modlitwy. Siostry Sacré Coeur w Japonii, także modlą się do Pana, wspierane i zachęcana przez was wszystkich.

Koko Nagano, Prowincjalna Japonii

z języka angielskiego tłumaczyła s. Renata Ryszkowska rscj

tekst oryginalny
KIM BYŁA ŚWIĘTA MAGDALENA ZOFIA BARAT?

1779-1865

Jako dziecko, była dziewczynką bardzo delikatną, kochaną, tryskającą życiem i inteligencją. Urodziła się przedwcześnie, pewnej grudniowej nocy, w małym burgundzkim miasteczku Joigny, w blasku palącego się w sąsiedztwie domu. Ponieważ była bardzo słaba, zaraz następnego ranka została ochrzczona. Była trzecim dzieckiem w rodzinie średnio zamożnego bednarza, posiadającego również winnice. Jej dom rodzinny mieścił się przy ul. du Puits Chardon (obecnie ul. Davier nr.11). W wieku siedmiu lat rozpoczęła naukę pod kierownictwem swego brata Ludwika, seminarzysty, który czekając na osiągnięcie wieku wymaganego do święceń kapłańskich podjął się pracy nauczyciela klas 6-tych i 7-mych w miejscowej szkole. Mała Zofia pod jego bardzo surowym przewodnictwem robiła ogromne postępy we wszystkich dziedzinach wiedzy. Jej chłonny umysł równie łatwo przyswajał sobie podstawy filozofii, grekę, łacinę i elementy nauk przyrodniczych jak i wiedzę religijną. Brat nie pozwalał jej zupełnie na zabawy z przyjaciółkami, ani na uciechy tradycyjnego w tym regionie święta winobrania. Jansenistyczna surowość panująca w rodzinie nie zdołała na szczęście zgasić w niej spontanicznego i radosnego usposobienia. Prawdziwym zagrożeniem dla spokojnego rozwoju Zofii i poczucia bezpieczeństwa rodziny stała się Rewolucja i czas Terroru.

Okazały się wówczas wielkie zalety jej charakteru. Mimo młodego wieku wykazała się ogromną odwagą i samozaparciem. Pasjonowała ją nauka; okoliczności zmusiły ją do pracy  w pracowni bieliźniarskiej. W domu łagodziła napięcia między ojcem,  człowiekiem  pracowitym  lecz  nieco szorstkim, a matką - osobą kulturalną, delikatną i wrażliwą, ale ze skłonnościami do melancholii. Szczególnie trudną rolę miała do spełnienia, gdy brat, po cofnięciu swej przysięgi na Konstytucję był ścigany przez jakobinów, i tylko dzięki Bożej Opatrzności uniknął gilotyny. Ona była tą, która podtrzymywała na duchu swoich najbliższych. W tym też czasie Zofia odkryła nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusa i zrozumiała, że w jej sercu wzrasta miłość do Chrystusa i całkowite zawierzenie Jemu.

Jako młoda dziewczyna wykazała wielką stanowczość i wielkoduszność zgadzając się pojechać z bratem, uwolnionym z więzienia po upadku Robespierre'a, do Paryża, by tam kontynuować swoją formację. Oderwanie się od czułej, matczynej miłości, z pewnością wiele ją kosztowało. Była zdecydowana oddać swoje życie całkowicie Bogu. W wyniku Rewolucji wszystkie klasztory we Francji były zamknięte. Propozycję brata odczytała jako możliwość wejścia na drogę wyrzeczenia i wielkoduszności. Przez pięć lat prowadzi w Paryżu życie ukryte, poświęcone modlitwie i nauce, ucząc równocześnie potajemnie dzieci z dzielnicy w której mieszkała (le Marais), religii. Dzieci te zupełnie niczego nie wiedziały z tej dziedziny.

W 1800 roku Ludwik przedstawił ją ojcu Józefowi Varin, który chciał założyć żeńskie zgromadzenie zakonne oparte na duchowości Serca Jezusa i zajmujące się wychowaniem młodzieży. Zofia nosiła w sercu pragnienie wstąpienia do karmelu, ale apel o.Varin pobudził ją do refleksji: czyż sytuacja młodych dziewcząt w tym zdezorientowanym, porewolucyjnym okresie i jej własne walory (wykształcenie, kultura, wrażliwość),które niewątpliwie posiadała, nie są dla niej znakami woli Bożej? W takim kontekście stała się fundatorką Zgromadzenia Sacré Coeur. Początkowo uczyła w Amiens, potem w Grenoble, a następnie w Poitiers, gdzie w wieku 26 lat została wybrana na przełożoną generalną i założyła pierwszy nowicjat. Od tego momentu jej życie było całkowicie oddane na służbę Zgromadzeniu którym zarządzała, przemierzając Francję i Europę, udając się wszędzie tam gdzie proszono ją o zakładanie pensjonatów dla "panienek ze sfer". Przy każdym z nich starała się jednocześnie zakładać szkołę bezpłatną, (niekiedy sierociniec), w której mogłyby się uczyć biedniejsze dziewczęta, dla których w tych czasach nie było żadnych możliwości kształcenia.

Jej długie życie zakonne - od roku 1800 do 1865 roku -  wypełnione było modlitwą, pracą i cierpieniem, lecz także nie pozbawione głębokiej radości.

Jej wiara w miłość Boga objawiającą się w Sercu Jezusa była niezwykła. Jej intensywna, modlitwa przeciągała się niekiedy do siedmiu godzin w ciągu dnia lub nawet nocy, gdyż najważniejszą dla niej sprawą było odpowiedzieć na tę przeogromną miłość adoracją i uczynić wszystko, by była ona poznana i ukochana przez ludzi całego świata, przyczyniając się do zbawienia jak największej ilości  dusz.

Modlitwa była duszą jej życia i ożywiała jej przeogromną pracę na rzecz młodzieży. Wychowanie dzieci i młodzieży, według niej, znaczyło przede wszystkim pokochanie ich, wczuwanie się w ich problemy, poszanowanie  wrodzonych cech ich osobowości i możliwości intelektualnych, nauczanie wyzwalające i pobudzające ich zdolności, ćwiczące zdrowy osąd, wyrabiające wolę i poczucie odpowiedzialności. By móc taki program realizować trzeba było przygotować wychowawczynie i otwierać szkoły, co pociągało za sobą rozmowy  z władzami kościelnymi i świeckimi, zakup terenów, budowy lub przebudowy budynków, wysyłanie ekipy zakonnic i to w sytuacji, gdzie sama musiała podejmować obowiązki nauczania, zarządzania i  prac materialnych. Zakłady już istniejące trzeba było wizytować, z czym wiązały się długie i męczące podróże dyliżansem lub wynajętym pojazdem z jednego miasteczka do drugiego. W pamięci sióstr szczególnie zapisała się podróż z Poitiers do Grenoble z roku 1806. By czuwać, choćby z daleka nad wszystkimi dziełami, zmuszona była prowadzić bardzo rozległą korespondencję, która pozwalała na przekazywanie informacji, udzielanie rad i dodawanie odwagi, wyjaśnianie spraw trudnych. Otworzyła 122 domy. Niektóre z nich zostały zniszczone na skutek wojen i prześladowań. W roku 1865 - roku jej śmierci - pozostawiła 89 domów w pełnym rozkwicie. W tym okresie tysiące dzieci było wychowanych przez 3550 zakonnic. Były one rozrzucone w 16 krajach Europy, Afryki i Ameryki. Na ten ostatni kontynent nie mogła udać się osobiście, gdyż obowiązki przełożonej generalnej zatrzymały ją w Europie, ale wysłała tam już w 1818 roku swoją najlepszą przyjaciółkę Philippinę Duchêne (kanonizowaną przez Kościół w 1988 r.), która otworzyła pierwsze szkoły w niezwykle trudnych warunkach ze względu na ogromne ubóstwo...z tego zasiewu w roku 1865 wyrosło ich już 28, a stamtąd Sacré Coeur przeniosło się do krajów Ameryki Łacińskiej.

 Ten imponujący rozwój nie powinien nas wprowadzić w iluzję łatwych sukcesów; jest to owoc dużych doświadczeń i cierpień. Najpierw cierpienia fizycznego, spowodowanego długą i powtarzającą się chorobą, epidemiami, które dziesiątkowały szeregi uczennic i zakonnic (1850 zakonnic Sacré Coeur zmarło za życia M Barat; często były to zakonnice najmłodsze), zamieszkami politycznymi (rewolucje we Francji i Włoszech) i prześladowaniami, w wyniku których siostry zmuszone były do opuszczenia niektórych krajów (Szwajcaria). Jeszcze boleśniejsze były sprzeciwy, a nawet oszczerstwa skierowane przeciw niej i jej dziełu oraz nieporozumienia wewnątrz Zgromadzenia. Dwukrotnie Zgromadzenie narażone było w swoim istnieniu na skutek kryzysów wewnętrznych (w latach 1809-1815 i 1839-1843). Wszystkie te trudności przezwyciężała zawsze tą samą bronią: milczeniem, pokorą i modlitwą jednoczącą ją z Jezusem Chrystusem do tego stopnia, że czerpie z Niego niezłomną nadzieję i zdolność do całkowitego przebaczenia tym, którzy zadali jej ból.

A cóż dopiero powiedzieć o radościach, które rozświetlały jej życie: jej zjednoczeniu z Bogiem, przychylności Kościoła, do którego była głęboko przywiązana, otaczającym ją szacunku i przywiązaniu, które były odpowiedzią na jej pełną poświęcenia miłość - miała bowiem wyjątkowy dar do nawiązywania kontaktów - ze strony  osób znaczących z kręgów Kościoła i  arystokracji, przedstawicieli świata kultury i prostych rzemieślników, zakonnic i uczennic. Wszystkich przyjmowała jednakowo okazując zainteresowanie ich sprawami, umiejąc słuchać i okazywać sympatię. Każdy odchodził pokrzepiony, ze świadomością, że został zrozumiany. Jednak pierwszeństwo dawała zawsze małym i ubogim. Dla nich miała zawsze czas, ofiarowywała pomoc, nie szczędziła gestów delikatności.  W końcowym okresie swego życia, jedynym odprężeniem dla niej, na które zawsze się zgadzała, było przyjmowanie małych pensjonarek z ul. Varin (obecnie Muzeum Rodin), przyprowadzanych przez wychowawczynie do pobliskiego Domu Generalnego, w którym przebywała. Dzieci siadały wokół świętej pod wielkim cedrem....radosnym rozmowom nie było końca. Ona zadawała im pytania lub odpowiadała na ich pytania, umilając czas rozdawaniem smakołyków - radość była obustronna, ponieważ dzieci świetnie rozpoznają tego, kto je kocha...

Zmarła 25 maja 1865 roku, w święto Wniebowstąpienia. Beatyfikowana została w 1908 roku, a kanonizowana w1925 r. Dzisiaj około 4000 zakonnic na wszystkich kontynentach stara się żyć według jej wzoru i kontynuować jej dzieło. Na całym świecie tysiące uczennic i dawnych uczennic  oraz wychowawców i różnego rodzaju współpracowników czerpie z bogactwa wpływu jej miłości i świętości, często nie zdając sobie z tego sprawy.

 Jej relikwie znajdują się w kościele pw. św. Franciszka Ksawerego w Paryżu .

Oficjalne uroczystości z udziałem władz państwowych odbyły się podczas uroczystości św. Magdaleny Zofii Barat, założycielki Zgromadzenia, 25 maja br. Tego też dnia została otwarta wystawa poświęcona działalności Szkoły. W kilku salach lekcyjnych zaprezentowano oryginalne pamiątki, dokumenty, zdjęcia począwszy od początków istnienia Szkoły jak również odtworzono wygląd sypialni dziewcząt w pensjonacie i sali lekcyjnej.
Siostra Dyrektor Joanna Chudzik w pasjonujący sposób oprowadzała po wystawie i objaśniała eksponaty, jak zawodowy przewodnik.

 Dnia 29 maja, w niedzielę miał miejsce zjazd dawnych wychowanek i wychowanków Szkoły. Wiele osób przyjechało już w sobotę, by spędzić więcej czasu w murach drogiej sercu Szkoły. A ok. 300 osób uczestniczyło w dziękczynnej Eucharystii celebrowanej przez wikariusza generalnego Towarzystwa Chrystusowego ks. Krzysztofa Grzelaka. W homilii wskazywał, że prawdziwym nośnikiem wartości przekazywanych przez Szkołę są ludzie świadczący swoim życiem o radości płynącej z osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem, dzielenie się miłością Jego Serca, darem wiary. Niezależnie jak bardzo współczesny świat krzyczy, że nie potrzebuje Boga tym bardziej niezbędni są autentyczni świadkowie.

Siostra Dyrektor powitała wszystkich zebranych podkreślając wagę wdzięczności za ofiarną pracę matek, sióstr, nauczycieli świeckich i personelu administracyjno-gospodarczego w dziewięćdziesięcioletniej historii Szkoły oraz obecność wychowanek i wychowanków, bez których nie ma żadnej szkoły a siostra prowincjalna Maria Broniec życzyła wytrwałości w życiu wartościami wyniesionymi ze Szkoły. Przeczytano również wzruszający list jednej z uczennic zdającej maturę w 1965 roku, mieszkającej obecnie w Szwecji, będący wspomnieniem lat szkolnych i dziękczynieniem Panu Bogu za ten dar.

 Obecne uczennice pod kierunkiem s. Anny Musiał, przygotowały program artystyczny oparty na wspomnieniach dawnej wychowanki, Katarzyny Kuleli, z książki pt: „Moja podróż do Polskiej Wsi”. Był także pokaz dawnych zdjęć i pocztówek oraz piękna gra na fortepianie naszej uczennicy z Ukrainy Nasti.

 Popołudnie było wypełnione rozmowami, spotkaniami, nierzadko po latach, choć wiele naszych dawnych ma ze sobą żywy kontakt mimo dziesiątek lat dzielących je od matury.

 Dziękujemy Siostrom i osobom świeckim za trud przygotowania tego spotkania a Panu Bogu za Jego wierną obecność i udzielanie miłości Jego Serca poprzez konkretnych ludzi, wydarzenia i wszystkie dary Jego dobroci.

JOANNA, 29 lat
Miałam świadomość, że będzie trudno, że będzie zmęczenie i upał. Było trudniej niż się spodziewałam. Byłam zaskoczona ile było znaków Jana Pawła II w Rzymie – na telebimie ciągle było słychać jego głos. Atmosfera była tak przygotowana aby można było odczuwać, że on tam dalej jest. Plac Św. Piotra jest tak zbudowany, że nadaje atmosferę wspólnoty.

Cieszę się, że wybrałam pielgrzymkę pociągiem – dało mi to czas odcięcia się, zostawienia spraw, którymi na co dzień żyję (praca i uczelnia), czas na przemyślenia, czas na poznanie współtowarzyszy podróży. Bycie osobiście na beatyfikacji wiąże się z licznymi łaskami, ze wstawiennictwem Jana Pawła II. Potrzebuję tej łaski aby dokonać dobrych wyborów, aby iść we właściwym kierunku bo świat oferuje nam różne kierunki.

MICHAŁ, 28 lat

Mój wyjazd był zadaniowy – miałem być osobą towarzyszącą Iwonie, która jest reporterem gazety i dziennikarką. Wiele osób prosiło mnie przed wyjazdem o modlitwę, czyli miałem dodatkową misję.

 Jazda pociągiem pomogła tworzyć wspólnotę. Świadectwa wiary innych osób jadących ze mną w przedziale były bardzo mocne. Sam przyjazd do Watykanu i pobyt  Watykanie był trudny ze względu na warunki tam panujące – tłum ludzi, zmęczenie i palące słońce. Ten trud i wysiłek, który był - był ofiarą Bogu, mocniej przyczynił się do wysłania intencji przez wstawiennictwo Jana Pawła II.

MACIEK, 33 lata

Msza święta beatyfikacyjna  wynagrodziła trudy przygotowania i kłopoty organizacyjne. Dla tej Eucharystii przeżyłbym dwa razy tyle trudności. Na beatyfikację nie jechałem z potrzeby serca ale jako organizator. Tak czasem jest w życiu, nie miałem tego w planach. To trochę tak jak ze św. Piotrem, któremu Pan powiedział: Poprowadzę cię, dokąd nie chcesz. Pójdziesz dokądkolwiek cię poślę.

Łaska Mszy Św. w centrum chrześcijaństwa, w sercu Kościoła. I ja w tym wszystkim. Papież jest jedyną osobą w Kościele, która wywołuje we mnie emocje – jest następcą św, Piotra, głową Kościoła. Przeżywałam wielką radość, że mogłem uczestniczyć w tej Eucharystii..

KALINA, 26 lat

Ważne było dla mnie pielgrzymowanie we wspólnocie, radość, pokój i umocnienie, które daje przebywanie z ludźmi wierzącymi.

Nie byłam uczestnikiem pontyfikatu Jana Pawła II, nie interesowałam się jego osobą kiedy żył. Teraz gdy przeżyłam nawrócenie poczułam w sercu, że chciałabym oddać naszemu Papieżowi cześć, podziękować. Ważne było dla mnie, że mogę poprzez tą pielgrzymkę z całym Kościołem, wyrazić swoją wdzięczność Bogu za wspaniałe świadectwo życia i wiary Jana Pawła II. Świadectwo jego życia to wielka łaska dla nas wszystkich. Niosłam ze sobą kilka intencji, które tam oddałam.

I Rzym – jest tak pięknym miastem!

AGNIESZKA, 33 lata

 Ta pielgrzymka dała mi dużo pokoju, zaufania do Boga, że mnie kocha – zaprosił mnie na tą pielgrzymkę.

 W Rzymie odczułam przerażenie tłumem ludzi i zmęczenie.

Równocześnie wiedziałam, że tam miałam być! Przez Jana Pawła II przychodzi do mnie Bóg z miłością ludzi, ich dzieleniem się wiarą. Chce mnie przekonać o swojej miłości.

ZOSIA, 28 lat

Pojechałam na beatyfikację do Rzymu, ponieważ namówił mnie mój chłopak, Sebastian. Byłam wzruszona,że Pan Bóg chciał mojej obecności w czasie beatyfikacji Jana Pawła II w Rzymie. Wcześniej nie planowałam tego wyjazdu. Zobaczyłam w sobie też pragnienie przeżycia Święta Miłosierdzia Bożego w Rzymie. Chciałam tam być, bo wiedziałam,że otrzymam wiele łask Bożych.

Moja Mama jest bardzo związana z Janem Pawłem II. Wierzę,że ona wymodliła ten mój wyjazd. Od dziecka modliłam się razem z Mamą modlitwą Anioł Pański z Papieżem za pośrednictwem telewizji. Tylko stąd znałam papieża Jana Pawła II.

Jedną z łask Bożych było potwierdzenie,że Jezus mnie kocha, ze pragnie mojego szczęścia.

Chciałam też zobaczyć jak się sprawdzimy w trudnych sytuacjach razem z moim chłopakiem Sebastianem.

SEBASTIAN, 25 lat

Chciałem przez tę pielgrzymkę uczcić Jana Pawła II, zwłaszcza,że beatyfikacja Papieża zbiegła się ze Świętem Miłosierdzia Bożego. Było bardzo ciężko, duże zmęczenie, tłum, ale cieszę się,że mogłem uczestniczyć w tej uroczystości. Cieszę się,że mogłem wyspowiadać się w Niedzielę Miłosierdzia w drodze na plac Św. Piotra. Poruszające dla mnie było świadectwo  wielu młodych przyjeżdżających do Rzymu. Cieszę się,że Zosia ze mną pojechała,bardzo wspierała mnie duchowo, bo parę razy chciałem wracać z placu św. Piotra. Nauczyłem się,że nie wolno w życiu się poddawać, zawsze trzeba mieć nadzieję.

IWONA, 26 lat

Wyjazd na tę pielgrzymkę był dla mnie podwójnie ważny, zarówno od strony duchowej, jak i zawodowej. Z jednej strony chciałam być na beatyfikacji Jana Pawła II, ponieważ był On osobą, którego nauczanie kształtowało moje podejście do wielu spraw. Miałam czas, kiedy zaczytywałam się w nauczaniu Jana Pawła II odnośnie małżeństwa i życia poczętego. Z drugiej strony towarzyszenie pielgrzymom było dla mnie reporterską przygodą. Chciała być w tym historycznym miejscu i w tym czasie i usłyszeć bezpośrednio,że Jan Paweł II jest błogosławionym.

S.VIOLETTA ZAJĄC  RSCJ Zgromadzenie Najświętszego Serca Jezusa (Sacre – Coeur)

Miałam wielkie pragnienie być na beatyfikacji Jana Pawła II w Rzymie, uczestniczyć bezpośrednio w tym historycznym wydarzeniu, dziękować Papieżowi za jego wstawiennictwo u Boga, za świadectwo Jego życia i powierzać Bogu za Jego pośrednictwem intencje mojej rodziny i Zgromadzenia. Jan Paweł II był dla mnie Ojcem duchowym, pomógł mi przez swoją miłość bardziej doświadczyć miłości i bliskości Boga Ojca. Na pielgrzymkę pojechałam specjalnym pociągiem „Popiełuszko” z mała grupą młodzieży. Było to też dla mnie doświadczenie bycia w Kościele powszechnym, szerokim obejmującym ludzi z całego świata.

W dniu beatyfikacji miałam cały Kościół w „pigułce” na Placu św. Piotra. To doświadczenie i podobne w innym czasie, pomagają mi głębiej zakorzeniać się we wspólnocie Kościoła, rozszerzać swoje spojrzenie, rozumienie i wrażliwość na Kościół w świecie.

Totus Tuus - oddanie całkowite Papieża Matce Bożej i przez Nią Jezusowi. Było to dla mnie wezwaniem do jeszcze głębszego całkowitego oddania siebie Bogu, do przyjęcia tego co niesie historia mojego życia i misji.

Na pielgrzymkę pojechałam z grupą młodzieży,która nie znała się wcześniej, ale od początku zaczęła  tworzyć wspólnotę dzieląc się swoją wiarą i radością z dużą otwartością.

Na początku pielgrzymki otworzyliśmy Pismo Św. patrząc jakie Słowo Pan nam da na ten czas. Była to przypowieść  o ziarnku gorczycy. Doświadczyliśmy, jak to Słowo Boga realizuje w naszej małej wspólnocie. Każdy z nas był takim małym ziarnkiem gorczycy dla drugiego. Dzięki temu mogło Królestwo Boże rozrastać się w sercu każdego z nas. Sama przyjechałam do Polski z nowa nadzieją i ufnością, z pragnieniem większej miłości Boga i człowieka, z odnowioną radością. To było dla mnie nowe Zesłanie Ducha Świętego. Bóg do mnie mówił przez osobę Jana Pawła II, ale też przez tych młodych w których odkrywałam to, czym żył Jan Paweł II: pragnienie całkowitego oddania Bogu, radość oraz pasję dzielenia się swoją wiarą i nadzieją z innymi.

 

 

 

 

 

 



Lista wszystkich artykułów Zobacz artykuł Edytuj artykuł Kategorie artykułu Dodaj/edytuj zdjęcia Dodaj/edytuj pliki Usuń artykuł

"Rekolekcje były dla mnie niezwykłym doświadczenie coś innego i niesamowitego, okazja do zmagania się ze swoim gadulstwem, ale także czasem by w skupieniu lepiej poznać samą siebie i swoje słabości a przy tym wszystkim dały siłę do walki z nimi i pójścia w świat z radością i otwartością na innych. Mówiąc w skrócie polecam każdemu kto żyje w ciągłym biegu i chce odkryć sens tego co robi na co dzień lub potrzebuje potwierdzenia słuszności swoich działań."

****

 „Rekolekcje w milczeniu - to był dla mnie wyjątkowy czas. Myślę, że dla Pana Boga też – mógł wreszcie mówić do mojego serca – a ja mogłam wreszcie spokojnie słuchać. Albo po prostu przy Nim trwać. To był dobry czas – nie tylko dla wzmocnienia więzi z Bogiem, ale nawet odkrycia jej zupełnie na nowo. Nie chcę robić jakiejś wielkiej reklamy, żeby ktoś nie przyjechał na rekolekcje dla jakiś wielkich oczekiwań. Ale czy nie jest po prostu miło, gdy można Bogu oddać kilka dni, żeby z nimi zrobił co zechce? On na pewno ma pomysł dla każdego na takie spotkanie – dla mnie miał fantastyczny, choć czasem wymagało to ode mnie większego wysiłku. Myślę, że szczególnie w szybkim tempie życia i nawale spraw warto wywalczyć czas dla tej relacji, która jest najważniejsza”. - Ula.

****

„Gorąco polecam każdemu . Naprawdę dobry czas, bezmiar Bożej Miłości, wieczny Skarb " Lidia

*****
Gdyby człowiek częściej słuchał swojego serca, miałby dużo mniej problemów – byłby dużo szczęśliwszy
…– taka myśl nasunęła mi się po rekolekcjach organizowanych przez Siostry Sacre Coeur w Poznaniu . Od 7 do 13.07.11 przeżywaliśmy tam Fundament rekolekcji ignacjańskich. Przez 5 dni milczeliśmy i medytowaliśmy nad tajemnicą Bożej miłości ku nam, wspierani nieocenionym doświadczeniem Sióstr Renaty, Maryli i Lidii. Mimo ciszy na zewnątrz, wcale nie miałam wrażenia, że milczę – do głosu doszło moje wnętrze, nagle jakby obudzone, w codzienności spychane gdzieś na bok. Tych kilka dni było najpiękniejszą i najciekawszą wycieczką, w jakiej kiedykolwiek brałam udział, i to z najlepszym Przewodnikiem – wycieczką po mojej duszy (dotąd terra incognita…?) prowadzoną przez Pana Jezusa. Bóg zapłać Siostrom za możliwość przeżycia tej przygody!”.

****

„Bóg JEST. Naprawdę. Mówi do nas poprzez Pismo Święte. Zaprasza na poważne rozmowy o życiu, ale przede wszystkim chce zwierzyć się z ogromnej MIŁOŚCI, którą ma dla Ciebie i dla mnie. Daj sie zaprosić na spotkanie z nim. ON CZEKA”.

****

Najważniejsze spotkanie
   Zapowiadało się moje kolejne, studenckie lato, a wraz z nim wątpliwości jaki kierunek temu wakacyjnemu okresowi i wogóle mojemu życiu nadać. Wśród różnych pomysłów na siebie, swoje życie i najbliższe letnie miesiące w myślach najgłośniej brzmiała mi chęć.. ucieczki, zastanawiało tylko dokąd i kiedy.
Pewnego deszczowego, poranka w studni internetowej wpadłam na hasło: rekolekcje w milczeniu, spodobało się. Pomyślałam, że byłaby to właśnie ta ucieczka od codziennych zajęć, pracy, nauki, ludzi, zwykłych problemów, niezaleczonych ran, trudnych spraw. Potrzebowałam też poprawić sobie kontakt z Bogiem "wyciszyć się i otworzyć na łaski" z nastawieniem wręcz takim, że na rekolekcje pojadę po to do Pana Boga, żeby mi uzupełnił to, co mi się od niego należy..
    Docierając do Sióstr prowadzacych rekolekcje Ignacjańskie w milczeniu, w Poznaniu spotkało mnie początkowo wszystko to co miało mnie tam, w moim przekonaniu spotkać: przemiłe siostry, ciekawi współuczestnicy tych cichych dni, inne miasto, spokój, Pan Jezus w Swojej Kaplicy, który za chwilę miał się ze mną radośnie spotkać i dać mi jakiś cud. Perwsza medytacja nad słowem Bożym była pięknym doświadczeniem - jakby orzeźwiajacą wodą duchową i pewnością, że poznam i niemal zaraz "uchwycę samego Pana Boga" i wszystko zrozumiem.
    Nastała klauzula milczenia, a wraz z nią coś czego w planach nie było... wewnętrzne rozdarcie, krzyk, ból. Przerażenie mojego wnętrza spotęgował jeszcze bardziej obrazek- wylosowany z kilkunastu, przygotowanych dla naszej grupy rekolekcyjnej przez jedną z sióstr. Obraz ten przedstawiający, strapinego człowieka, za którym stoi jasny anioł, przed którym w dziwnej pozie, ciemne barwy wprowadza szatan.
    W kolejnych programowych medytacjach nad pismem świętym, w spotkaniach w ciszy z Panem na modlitwie... ja wcale nie potrafiłam się już modlić, słyszeć jego słów, nie czułam w swoim sercu i umyśle niczego i nikogo. Nie mogłam zrozumieć jak może przytrafiać się to mi -  wierzącej przecież osobie (?!). Pojawiły się także inne problemy. Przy całej staranności mojej małej, chwilowej ucieczki od swojego życia, zapomniałam, że od siebie przecież uciec nie mogę.
   Rekolekcje w milczeniu to niezwykły czas, w którym spotkać można i chyba najbardziej potrzeba spotkania: Ja- Mój Bóg, oraz spotkania z samym sobą.
    Uciekając od siebie- swojego nieuporządkowanego życia, nie mogłam usłyszeć Boga. Słysząc tam na różnych konferencjach: Jak bardzo Bóg mnie kocha, jaka jest Jego niezwykła i nieogarnięta przez człowieka miłość,wydawało mi się, że są to słowa skierowanie tylko do innych ludzi wokół mnie, nie do mnie, bo przecież ja nieudolna uciekinierka przywiozłam całe swoje wnętrze ze sobą na te rekolekcje, a przecież takiej jak ja, On kochać nie może.
Każde słowo miłości, szatan zagłuszał mi szepcząc jak gdyby Miłość Boga nie była prawdą! Racjonalizam i podszepty złego nie dawały mi spokoju, z płaczem oznajmiłam siostrze, że już nie mogę i wracam do domu!
Nie poddając się emocjom, jadnak zostałam do końca.
    Ta wewnętrzna walka trwała we mnie jeszcze jakiś czas, stałam się już chyba sama tą starpioną postacią z mojego obrazka, z oczu płynęły łzy, ale czuję, że walka ta przyniosła też chwałę Panu i cieszę się, że to On naprawdę we mnie zwyciezył!
     Otwierając powoli swoje skryte serce z całym jego nieporządkiem, żalem, grzechem; otwierając siebie w prawdzie- bez uciekania. .. przed kierownikami duchownymi tych rekolekcji otrzymałam tak wielką łaskę, od której - wiem z całą pewnością nie ma nic cenniejszego. Otóż usłyszałam, w końcu na modlitwie głos Mojego Boga, który pukał do mojego serca, ale często w zatwardziałości, braku pokory i w wewnętrznej walce widziałam Go tylko, jako pismo, zbitek zdań i liter w Piśmie Świętym; Boga, który jednak w końcu zburzył moje mury, mój lęk, pychę i słowa dotąd słyszane pozwolił mi USŁYSZEĆ. MIŁOŚĆ- POCZUĆ
Mogłabym długo pisać o przeżyciach, sytuacjach typowych i zaskakujących, i pięknych- milczących, a jakże głębokich spotkaniach z innymi ludźmi, jednak aby zrozumieć świadectwo takich rekolekcji, trzeba pozwolić- najlepiej sobie samemu je przeżyć:)
Najważniejsze słowo które dał mi MÓJ Bóg na drogę do domu to : TRWAJ!
Wiem, że dostając od Niego to niezwykłe doświadczenie i rzeczywiście Trwając w Jego miłości nie mam czego się lękać, przed czym w życiu uciekać, bo On pomoże odnaeźć mi drogę i na całe szczęście uczy mnie pokory.
     Proszę wszystkich którzy się wahają, uciekają, boją, aby zaufali Panu i dali się zapro  sić na to Najważniejsze spotkanie, spotkaniez Nim, które wyzwala człowieka!
     Prosze o modlitwę: o siłę dla mnie bo to najlepsza duchowa pomoc bliźniemu od bliźnich!

Z Panem Bogiem.  Joanna

 

GALERIA ZDJĘĆ

Kolejna seria już we wrześniu w Pobiedziskach k/ Poznania. Jeśli te świadectwa poruszyły Twoje serce i pragniesz spotkania z Bożą miłością w ciszy swojego serca to zapraszamy od 16 do 21 września 2011 r. do Pobiedzisk.

kontakt
s. Renata Ryszkowska rscj
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
kom. 608713103

 W czasie mojego miesięcznego pobytu w szpitalu aby przejść zabieg chirurgiczny całkowitej wymiany rzepki, a następnie odpowiednią rehabilitację, Pan zmienił moje blizny w gwiazdy. To On przemienił to, co najgorsze w to, co najlepsze, moją domniemaną tragedię w triumf.

Moim doświadczeniem była miłość Boga, niezmienna w każdym momencie, niezależna od sytuacji. Pan nawiedzał mnie bardzo wiele razy w ciągu dnia i nocy, poprzez ból i walkę, poprzez uśmiech, życzliwość i zabiegi lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów,  opiekunów, windziarzy, przyjaciół, krewnych, biskupa, kapłanów, zakonnic i braci. Pan nawiedzał mnie również przez osoby kompletnie nieznane, przez listy, rozmowy telefoniczne i SMS-y.

Było mniej bólu, a więcej dobrodziejstw. W i poprzez mój ból byłam w stanie rozumieć ból innych.  Położona na plecach na łóżku, nauczyłam się być miłą wobec osób mało życzliwych, ponieważ Bóg pomógł mi zdać sobie sprawę z tego, że oni potrzebowali Go bardziej. Miałam wystarczającą ilość czasu do dyspozycji, aby być z Bogiem i korzystać z piękna przyrody i śpiewu ptaków wokół mnie, patrząc przez okno czy siedząc na balkonie. On dopuścił na mnie nawet depresję: tylko po to, aby uczynić mnie silniejszą, aby pomóc mi to znieść i nauczyć mnie poprzez doświadczenia życia że ci, którzy krzywdzą innych są pobici, osłabieni i niszczą siebie samych – ważna lekcja życiowa: „Wybacz mi, Panie te momenty, kiedy zadawałam ból innym” – szeptałam.

Rozumiejąc rozbicie innych, było mi łatwiej być wyrozumiałą i wybaczyć im. Bóg naprawdę uczy nas o wiele więcej niż się spodziewamy!

Powoli zaczęłam rozumieć, że ból czy krzywda nie mają żadnej mocy aby nas zniszczyć czy zniechęcić wobec naszego wielkiego Boga. Mogę wybrać czy będę złorzeczyć Bogu, marudzić czy szemrać w związku z moją sytuacją, oskarżać innych, mieć poczucie, że już więcej nie mogę lub, napełniona Duchem Świętym, mogę oczekiwać i zdecydować się chwalić Boga we wszystkich rzeczach i w każdym momencie, nawet wtedy, gdy ludzie zachowują się w sposób, który mi się nie podoba, kiedy mnie ranią czy irytują. Aby tak się stało, moje życie modlitwy i wiary muszą być intensywne, to znaczy aby były jak druga natura i towarzyszą mi tak jak oddychanie. Jesteśmy ludźmi Wschodu, dlatego „ALLELUJA” powinno być naszą nieustanną mantrą, szczególnie wtedy gdy sprawy wymykają się spod naszej kontroli, ponieważ dla Boga nie ma nic niemożliwego.

Dr. Mudita Menona Sodder, rscj   

z języka hiszpańskiego tłumaczyła s. Anna Musial rscj

POTRAFIŁ STAWIĆ CZOŁO KRYZYSOM

Dolores Alexandre rscj

 „Był do nas podobny we wszystkim, oprócz grzechu”. Czy to stwierdzenie o Jezusie (Hb 4,15) mówi, że przeżywał porażki i kryzysy podobne do naszych? Oczywiście, że tak. I że przeszedł momenty osłabienia i zniechęcenia? Również. I że poddał się i pogrążył w rozpaczy? Wystarczy zbliżyć się do Ewangelii aby zdać sobie sprawę, że nie: ani trudności, ani konflikty, ani zdrady czy prześladowania nie zdołały Go złamać, uciszyć czy zmusić do ucieczki. Ale przeżywał to samo co my, wystawiony na niepewność i zakłopotanie: w kontraście z autorytetem swoich słów, wydawał się ignorować pytania o to jak i kiedy przyjdzie Królestwo, które głosił i, nie panując nad przyszłością, żył zwrócony nieustannie ku Innemu, który Mu wskazywał drogę i którego oblicza niestrudzenie szukał podczas modlitw w nocy i o świcie.

 Musiał zgadzać się na pytania tych, którzy Go otaczali: czy miało sens oddanie się tylu przegranym sprawom, troska o tyle osób czy grup niewykształconych i niedochodowych, bez wpływów czy znaczenia społecznego lub religijnego, pozbawionych perspektyw na przyszłość? Poświęcanie tyle czasu chorym, kobietom, dzieciom, celnikom, cudzoziemcom..., osobom z marginesu społecznego, czy nie uważał tego za niepotrzebną stratę wysiłku i energii…? Po co tamten wybór uczniów, tak nieprzemyślany, który brał pod uwagę grzeszników i poborców podatkowych, a który pomijał pisarza, faryzeusza o niekwestionowanym prestiżu, władzę saduceusza czy prostolinijność i ascetyzm uczonego. Po co opowiadać się za „słabymi zachowaniami”: nie zagasić knotka o nikłym płomyku, nie złamać trzciny nadłamanej; pozwolić się przekonać natarczywości kobiety pogańskiej; zdecydowanie wędrować do Jerozolimy na spotkanie konfliktu i wyznać później, będąc w potrzebie, swój strach przed śmiercią…?

Przyszły również kryzysy: pierwszy dał o sobie znać wraz z aresztowaniem Jana Chrzciciela. Prorok pustyni wzbudził wokół siebie wiele oczekiwań i radykalizm jego nauk rozbudził nadzieję wielu ludzi. Jezus, który musiał na początku poruszać się w kręgu jego działania, daje świadectwo o Janie z niesłychanym podziwem. Jego aresztowanie było punktem zwrotnym w życiu publicznym Jezusa i to właśnie tamten kryzys zapoczątkował Jego przepowiadanie w Galilei i Jego głoszenie nadchodzącego Królestwa.

 Jednak to właśnie w Jego rodzinnej okolicy doświadczył smaku porażki i przeżył gorzką lekcję tego, co oznacza, że ziarno słowa upadnie najpierw na ziemię kamienistą pełną cierni tych, którzy nie są gotowi, by się zmienić.

 Zatem zdecydował piąć się w górę do Jerozolimy. Żywił nadzieję przyjąć miasto pod swoje skrzydła, jak kwoka chroni swe pisklęta, ale tam wystąpili przeciw Niemu wszyscy władcy, zarówno rzymscy, jak i żydowscy, śledzili Go, aby zburzyć jego plany i marzenia.

 Zabrali Mu wszystko, ale nie mogli zniszczyć tego, co miał najlepszego: tej miłości, która nigdy się nie cofała, zdolna nazwać przyjacielem zdrajcę, który przyszedł, by Go schwytać.  I tamtej nadziei bez granic, która sprawiła, że złożył całe swoje przegrane i złamane życie w ręce Ojca i pozwolił, aby to On był Tym, który sprawi, że ziarno zboża zakopane w ziemi stanie się płodne.

 tłumaczyła s. Anna Musiał rscj

 Dolores Aleixandre rscj, zakonnica Najświętszego Serca Jezusa, opublikowała kilka książek z dziedziny duchowości, obecnie mieszka w Madrycie.

 

Esther Romera rscj

ŻYCIE I ŚMIERĆ

Chcemy oddzielić życie od śmierci, a tak naprawdę jedna bez drugiej nie może istnieć. Od chwili naszego urodzenia zaczynamy umierać. Nigdy nie zdołamy wrócić do tego, czym byliśmy w wieku 10, 15 czy 20 lat, jednakże jestem tym kim jestem właśnie dzięki temu co było moim doświadczeniem w ciągu mojego życia.

Kiedy byłam dzieckiem nigdy nie myślałam o śmierci, wydawała mi się odległa, a dziś uświadamiam sobie, że śmierć jest częścią naszej drogi, podobnie jak życie.

Jest wiele rzeczy, które dają nam życie, ale są też takie, które nam je zabierają. I kiedy czujesz z bliska stratę kogoś kochanego, i w dodatku niespodziewanie, odkryjesz, że Bóg naprawdę uczy nas posłuszeństwa poprzez cierpienie.

Umarła niedawno osoba, którą bardzo kochałam i zdałam sobie sprawę jak ważna jest miłość i troska, aby wzrastało życie. Tracimy wiele czasu krytykując, mówiąc innym, co według nas powinni zrobić, zamiast pytać siebie, co mogę zrobić dla drugiej osoby, co ona pragnie, abym uczyniła, jak chce być traktowana. To, co osiągnęliśmy w życiu pójdzie z nami do grobu, ale miłość rozlana na innych pozostanie na zawsze w sercach tych, których kochaliśmy.

Śmierć nie przestaje być życiem, ponieważ jest początkiem życia w Bogu. Jesteśmy w rękach Boga cokolwiek by się nie wydarzyło i to daje wielką pociechę. Bóg Ojciec, który nas kocha i przyjmuje bez względu na osoby, zaprasza nas do ufności i porzucenia lęku. Wiem, że łatwo jest tak mówić, ale kiedy doświadczamy tej miłości Boga, bezwarunkowej i darmowej, oraz Jego wierności w ciągu całego życia, wiemy, że nie zostawi nas samych w ostatnich chwilach naszego życia i przyjmie nas z otwartymi ramionami tak, jak zawsze to czynił. Tak wielką hojność musi czuć każdy kto przeczuwa, że życie wkrótce „wymknie mu się i uleci”. Nie ulega wątpliwości, że w życiu kształtujemy i dopasowujemy sytuacje do sposobu, w jaki nauczyliśmy się stawiać im czoło. I śmierć nie jest tu wyjątkiem. Życie nie należy do nas, wiemy, że nie jesteśmy wieczni i że umrzemy któregoś dnia, ale nie chcemy na nią patrzeć nawet z daleka. Życie dzielone i rozdane innym jest tym, co przetrwa na zawsze, nawet jeśli zostaniemy bez niego. Zachęcam do miłowania siebie nawzajem, z czułością i troską, tak, jakby każdy z nas był samym Bogiem, który wychodzi nam na spotkanie

.Tekst oryginalny

Pedro Casaldàliga

BÓG JEST MIŁOŚCIĄ

 Wierzę, że Bóg jest Miłością.

Wierzę, że Stwórca nie szydzi ze swego stworzenia.

Wierzę, że Chrystus pokonał grzech i śmierć.

Wierzę, że śmierć Chrystusa jest już Zmartwychwstaniem.

Wierzę, że całe stworzenie jęczy w bólach rodzenia,

w nadziei bycia wyzwolonym z niewoli zepsucia

aby uczestniczyć w chwalebnej wolności dzieci Bożych.

Wierzę, że pewnego dnia Bóg otrze każdą łzę z naszych oczu

i nie będzie już ani śmierci, ani płaczu,

ani krzyków, ani zmęczenia, ponieważ stary świat przeminie.

Tymczasem, wraz z tymi, którzy wierzą, z tymi, którzy walczą…

ja krzyczę najpewniejsze słowo, jakie zostało napisane

w tym Królestwie Śmierci i wołam z nadzieją:

„Przyjdź, Panie Jezu!”

 tekst oryginalny

 tłumaczyla z hiszpańskiego s. Anna Musiał rscj