Zostałyśmy powołane, by być kobietami, które mówią o obecności Boga w naszym świecie i kochają do końca, aż do oddania życia.

Louis Baunard, ŚWIĘTA FILIPINA DUCHESNE (1769 - 1852)

Życiorys św. Filipiny

 

CZĘŚĆ I

POWOŁANIE

 

Rozdział I - Dzieciństwo i wychowanie. 1769 – 1791.

 

            Błogosławiona Matka Filipina Duchesne pochodziła z rodziny bogatych przemysłowców z południowej Francji. Znamieniem szczególnym rodu Duchesne była niezłomna siła charakteru i tę cechę odziedziczyła Filipina w całej pełni. Dzięki niej mogła wprowadzić w czyn nurtujące ją od wczesnego dzieciństwa pragnienie zdobywania Chrystusowi dusz w pracy na misjach.

            Urodziła się 29 sierpnia 1769 roku w Grenoble. Już jako mała dziewczynka odznaczała się dobrocią serca zawsze gotowego do dawania. Z jakąż serdecznością przyjmowała żebraków pukających do domu rodzicielskiego i dawała im wszystkie pieniądze, które dostawała od rodziców. „Przecież – mówiono jej – to na twoje drobne wydatki i przyjemności!” „Ależ – odpowiadała – największą moją przyjemnością jest dawać innym”.

Od dzieciństwa cechowała ją jakaś powaga umysłu i zainteresowań. Na próżno byłoby szukać w jej życiu jakichś wesołych anegdotek, pełnych dziecięcego wdzięku. Jako dziewięcioletnia dziewczynka czytała swej chorej siostrze, a chcąc ją rozerwać wybrała na lekturę dzieje starożytnego Rzymu. To już dużo mówi o jej upodobaniach.

            „Pierwsza myśl o misjach – wyznaje Filipina – przyszła mi podczas rozmowy z O. Jezuitą, który dawał misje z Luiziany. Opowiadał nam historię tamtejszych tubylców. Miałam wtedy 8 czy 10 lat, ale uważałam misjonarzy za ludzi szczęśliwych. Zazdrościłam im ich prac i trudów, nie lękając się niebezpieczeństw, na jakie byli narażeni, bo równocześnie czytałam wtedy żywoty męczenników”.

            Pani Duchesne wychowywała dotąd sama swoją córeczkę, ale gdy liczba jej dzieci powiększyła się do czworga, powierzyła ją Wizytkom z Grenoble, których klasztor Najświętszej Panny Maryi wznosił się na górze nad miastem. Była z nim związana licznymi węzłami tradycji rodzinnej. Zmarło tam w opinii świętości kilka zakonnic z rodziny Duchesne. Klasztor ten posiadał cenne dla Wizytek pamiątki jak konfesjonał Świętego Franciszka Salezego i stellę, w której się modliła Święta Joanna de Chantal.

            Filipina zastała tam 60 osób: 40 zakonnic i 20 pensjonarek. Jeżeli chodzi o jej ówczesną duchowość, to – według świadectwa jej siostry – opierała się ona na wierze i bojaźni Bożej. W tym domu zakonnym uprawiano już wybitnie kult Bożego serca, a mnóstwo Jego symboli spotykała na każdym kroku. Stykając się z nimi codziennie, może nawet bezwiednie przepajała się atmosferą miłości wynagradzającej i ofiarnej, która miała się stać później w życiu Filipiny dominującą cechą jej duchowości.

            W 12-tym roku życia przyjęła pierwszą Komunię św. i wtedy odczuła wewnętrzną potrzebę oddania się zupełnie Panu Jezusowi. Było to po raz pierwszy. Wspomina tę chwilę sama: „ Od dwunastego roku życia Bóg mi dał łaskę powołania. Od tego czasu zdaje mi się, że nie spędziłam ani jednego dnia bez proszenia Go, by mi dał poznać Jego wolę oraz wierność temu światłu. Oddałam moje powołanie w ręce Matki Najświętszej i postanowiłam odmawiać żarliwie modlitwę – Pomnij o Najświętsza Panno...”.

            Rodzice domyślając się zamiarów córki i chcąc im przeszkodzić odebrali ją z klasztoru. Filipina poddała się ich woli, wróciła do domu licząc na działanie czasu, na swoją niezłomną decyzję i na łaskę Bożą. Na początku rodzice musieli być zadowoleni, bo całe jej zachowanie zewnętrzne zdawało się iść po linii ich życzeń. Bywała w świecie, chodziła na koncerty i na bale. Według świadectwa siostry bardzo się na nich dobrze bawiła, lubiła tańczyć, a lekcje tańca traktowała tak poważnie, jakby rozwiązywała zadanie z algebry. Ale w głębi duszy wciąż myślała o szczęściu czekającym ją w życiu zakonnym, z którego nie myślała rezygnować. Studiowała też łacinę z myślą o rozumieniu tekstów Pisma Świętego.

            Wreszcie przyszedł czas ujawnienia jasno swych zamiarów. Właśnie nadarzyła się do tego sposobność. Miała starającego się i rodzice ogromnie nalegali by go przyjęła. Ale ona odmówiła, mówiąc: „Nie mam specjalnych zastrzeżeń do drogi małżeństwa, ale czuję się powołana do stanu zakonnego”. Po tym wyznaniu czuła się już swobodna i nieskrępowana, bo mogła się przygotować otwarcie do obranej drogi. Skończyło się z zabawami światowymi i zabrała się gorliwie do pracy dla drugich. Mogła też oddawać się modlitwie i praktykom religijnym.

            W następnym roku odwiedziła wraz ze swoją ciotką, panią Perier, klasztor, do którego tak tęskniła. Tam, pod wpływem jakiegoś wewnętrznego silnego natchnienia, oznajmiła swej ciotce: „Nie wracam do domu. Zostaję tutaj, bo Bóg wyraźnie chce, bym Mu się poświęciła w życiu zakonnym”. Pani Duchesne bardzo odczuła tę rozłąkę, zwłaszcza w chwili, gdy przy pierwszych jej odwiedzinach zobaczyła swoją ukochaną córkę za kratami.

            Ale i Filipinie nie przyszło łatwo rozstanie się z rodziną. Gdy w czasie tej pamiętnej wizyty namawiano ją do powrotu, postulantka broniła jak mogła swego stanowiska wysuwając racje, dla których twierdziła, że powinna iść za głosem Bożym. Ale w sercu jej toczyła się straszna walka. Wreszcie po odejściu najbliższych poszła zaraz do kaplicy i przed Najświętszym Sakramentem z płaczem dziękowała Panu Jezusowi za pomoc i siłę wytrwania w swym postanowieniu. Potem odnowiła swe poświęcenie przez przyczynę Świętej Joanny de Chantal, fundatorki Zgromadzenia, w którym zamierzała żyć i umierać.

            Analizując później swoje motywy wstąpienia do Wizytek, przyznaje się, że pragnienie apostolstwa wśród młodzieży zwyciężyło pociąg do Karmelu, który też bardzo jej był bliski. Apostolstwo było więc od początku istotnym jej pragnieniem. Po osiemnastu miesiącach nowicjatu Filipina przygotowywała się do złożenia pierwszych ślubów, gdy ostry zakaz ojca zamknął jej drogę do dalszego życia zakonnego. Tym razem przyczyna tego kroku była poważniejsza. Piastował on wysokie stanowisko w parlamencie w Grenoble. Dnia 21 czerwca 1788 roku wybuchł tam bunt przeciw tzw. Ustawom Królewskim. Był to właściwie pierwszy dzień Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Pan Duchesne, przewidując jej fatalne skutki dla klasztorów, zabronił swej córce składać śluby przed ukończeniem 25. roku życia. Pozwolił jej jednak zostać w klasztorze w charakterze nowicjuszki i czekać na rozwój wypadków.

            Nie upłynęły dwa lata, a burza grożąca Francji wybuchła z całą gwałtownością. Naturalnie zaczęło się od wypędzenia zakonników i zakonnic. Z początkiem roku 1891 Wizytki z „Sainte Marie” stanęły przed alternatywą: albo się sekularyzować albo opuścić dom i kraj. Ponieważ wszelki protest okazał się bez skutku, musiały wyjechać. Dla Siostry Duchesne był to wielki cios, ale powróciła – miała nadzieję, że tylko chwilowo – do rodziny, która w lecie przebywała na wsi w Grannes.

 

Rozdział II - Losy Matki Duchesne w czasie Rewolucji. (1791 – 1801).

 

            W tym samym czasie, gdy Filipina przybyła do Grannes, zjawiła się tam także jej bliska kuzynka, również Wizytka, ale z innego klasztoru. Ta pomoc zesłana z nieba była wielką radością dla naszej nowicjuszki. Zachowywała ona wszystkie przepisy, reguły i modlitwy. Postawa ta mogła się niektórym wydawać zbyt rygorystyczną, ale się temu nie sprzeciwiano widząc, jak nieustannie i ofiarnie poświęcała się dla wszystkich dokoła. Szczególnie zajmowała się swoją pięcioletnią siostrzeniczką.

            Im bardziej prześladowanie się wzmagało, z tym większą trudnością dochodziły do tego odosobnionego azylu w Grannes pomoce duchowe. Aż tu pewnego dnia zjawia się u Pana Duchesne jakiś nieznajomy poszukujący pracy jako kierownik młynów. Zatrudniono go chętnie. Okazało się, że jest to ukrywający się ksiądz. Co za radość dla całej rodziny! Miewał konferencje duchowne, uczył religii, a w nocy w najbardziej ukrytym zakątku domu odprawiał Mszę Świętą.

            W tym czasie Filipina straciła ukochaną matkę. Przy tej sposobności okazała się jej zupełna bezinteresowność i oderwanie od dóbr ziemskich. Odziedziczywszy duży spadek po niej zrezygnowała ze znacznej jego części na korzyść rodzeństwa. Wtedy też odwiedziła swój drogi klasztor w Grenoble. Zamieniony na więzienie, był przepełniony ofiarami rewolucji oczekującymi na karę śmierci. Zaraz też zorganizowała z kilkoma odważnymi towarzyszkami pomoc materialną i duchową dla tych więźniów. Odszukiwała księży w ich kryjówkach i prowadziła ich sobie tylko znanymi drogami do chorych, umierających, narażając siebie i ich na liczne niebezpieczeństwa. Nic nie mogło powstrzymać jej gorliwości.

„Raz – opowiada jej siostra – widząc, że chora staruszka bliska śmierci nie będzie mogła otrzymać sakramentów świętych w swoim domu, przeniosła ją sama do swego pokoju. Położyła ją do swego łóżka, które dzieliła zwykle z przygarniętą ubogą zakonnicą. Gdy ta, wracając wieczorem zdziwiła się tą sytuacją, usłyszała propozycję Matki Duchesne: „Spędźmy noc na modlitwie za tę biedną konającą.” Nazajutrz biedna chora, przyjąwszy Sakramenty Św., skonała w jej ramionach, błogosławiąc swoją dobrodziejkę za tak wielką miłość bliźniego.”

            Ale nic nie mogło zaspokoić gorliwości Filipiny. Marzyła wciąż o odzyskaniu dla Wizytek klasztoru Sainte Marie d’en Haut. Zanim jednak mogła to zrealizować Opatrzność Boża podsunęła jej inne pole apostolskiej działalności. W czasie pielgrzymki do swego ukochanego Św. Franciszka Regis, uświadomiła sobie jasno, że powinna, za jego przykładem zająć się nauczaniem ubogich dzieci. Wróciwszy do Grenoble z wielkim trudem zebrała gromadkę biednych chłopców, zaniedbanych i opuszczonych, którzy zwabieni obietnicą otrzymania odzieży, obiecali przychodzić codziennie do niej na godzinę. Liczba ich wkrótce doszła do 20-u. O tej pierwszej próbie czynnego apostolstwa pisze: „Chłopcy byli pełni dobrej woli, ale równocześnie niesłychanie hałaśliwi i lekkomyślni, czym wywoływali irytację całego domu, skierowaną naturalnie przeciw mnie. Męką dla mnie był ich zapał w pozdrawianiu mnie na ulicy. Pokazywali mnie swoim rodzicom, spośród których niektórzy mieli mi za złe, że nie pozwalałam im pracować w niedzielę. Gdyby mnie nie wspierała miłość św. Franciszka, byłabym kilka razy porzuciła to apostolstwa. Miałam z niego jednak także pociechy. Niektórzy spośród chłopców nie znali nawet Osób Trójcy Świętej. Nauczyli się całego katechizmu, modlitw i kilku pieśni, które powtarzali swym rodzicom. Wszyscy się wyspowiadali, a niektórzy przystąpili do komunii św. Z przyjemnością mówię o tych dzieciach, bo były one dla mnie dobrym ćwiczeniem się w cierpliwości i zdaje mi się, że im zawdzięczam dom, który posiadamy.”

            Od tej pory marzenie o kupnie klasztoru Najświętszej Panny na Górze zmieniło się w konkretny zamiar. Po wielu staraniach i zabiegach dokonano tego i 14 grudnia Matka Duchesne przeniosła się tam przy pomocy swoich małych przyjaciół. Opisuje tak to ważne zdarzenie: „Dzieci z katechizacji przeniosły moje paczki z niebywałym zapałem pod ulewnym deszczem. Zlani do suchej nitki i targani gwałtownym wichrem w tę pamiętną noc mieli jednak radosne buzie wyrażające zadowolenie z tego, że mogą przydać się i ofiarnie pomóc.”

 

Rozdział III - Odnowienie kultu Bożego w Sainte Marie d’en Haut. 1801 – 1804.

 

            Trudno sobie wyobrazić, z jaką radością przyjęto we Francji wiadomość o podpisaniu przez rząd francuski konkordatu z Kościołem. Nowa era miała się otworzyć: księża wrócą, życie religijne, wolne od prześladowań będzie mogło rozkwitnąć na nowo. Ale brakłoby czegoś Kościołowi, gdyby nie powróciły z wygnania zakony kontemplacyjne. Rozumiała to dobrze Filipina. Dlatego pierwszą i już dawno zamierzoną czynnością był jej powrót do Sainte Marie d’en Haut.

            Jedyną towarzyszką Matki Duchesne była P. Faucherand, dawna Wizytka z ubogą dwunastoletnią dziewczynką, którą uczyła religii. Filipina sama opisuje jak wyglądało ich życie i zajęcia w tych pierwszych dniach. „Dom się źle zamykał, ale nie lękałam się samotności, bo byłam pewna, że jak Pan był dotąd moim kierownikiem, tak będzie i stróżem, dopóki nie będę mogła zatroszczyć się o nasze bezpieczeństwo. Czas spędzałam pracując razem z robotnikami albo porządkując te części klasztoru, które nie były sprzątane i zamiatane od 10 lat. Trzeba też było oczyszczać dom ze śniegu i wody zalewających korytarze. Rozkoszą były dla mnie te prace. Chodziłyśmy też modlić się do kościoła, gdzie było przejmujące zimno, bo brakowało 3 okien i drzwi. A jednak nie czułyśmy go, tak byłyśmy przejęte szczęściem z powodu naszego powrotu do domu. Dzień Bożego Narodzenia stał się pamiętny dla ubogiego monasteru. Do tej pory każda z sióstr chodziła po świecku, co było koniecznością ze względu na stosunek dotychczasowych władz do religii. Teraz Matka Duchesne postanowiła z tym skończyć. Poleciła więc, by każda Siostra uszyła sobie habit zakonny wizytki, który się włoży w dzień Bożego Narodzenia. W wigilię S. Filipina i jej towarzyszki zeszły z klasztoru do miasta niosąc każda paczkę ze swym habitem, udały się do kościoła, gdzie już oczekiwał na nie ksiądz. Poświęcił on habity, odprawił Mszę Św., po czym wróciły do domu i zaraz je włożyły
z radością jako podarunek nowonarodzonego Dzieciątka Jezus.

            Matka Duchesne w gorliwości swej o kult publiczny składany Bogu wyprzedziła oficjalne ogłoszenie pokoju religijnego. Nie śmiała jeszcze wprawdzie otwierać głównych drzwi kościoła dla wiernych, ale wprowadziła ich przez klasztor i stwierdziła: „Kościół nasz był pierwszym, w którym kult katolicki ukazał się na nowo w całej swej okazałości”.

            Ale łatwiej było naprawić dom i otworzyć go, niż go zaludnić. Pierwszą troską Filipiny było wezwać do powrotu dawne Matki z klasztoru. Różne się nasuwały trudności. Wprawdzie ani jedna zakonnica nie okazała się niewierną Bogu, ale po dziesięciu latach życia w świecie narosły nowe zwyczaje, nie bardzo licujące z życiem zakonnym. Odzywały się też głosy przeciwne temu powrotowi. „Po co tak szybko nas sprowadzać do tych ruin, póki sytuacja nie jest zupełnie pewna?” „I cóż to za nowicjuszka, co tak rządzi wszystkim? Od kogo ma upoważnienie do działania?”

            „Przeżyłam wtedy bardzo gorzkie chwile” – zaświadcza Filipina. Osobą, na którą najwięcej liczyła była przełożona, Matka de Murinais, powszechnie szanowana ze względu na swój wiek i cnoty.

            Po powrocie do klasztoru w Tygodniu Męki Pańskiej roku 1802 zaczęły się ujawniać trudności prowadzenia regularnego życia zakonnego. Matka Filipina notuje: „Był to dom składający się z Przełożonej, która by przyciągnąć swe córki, przyjmowała łatwo wszystkich, kto się pojawił, i z zakonnic, które robiły, co im się podobało. Zresztą nie było ani milczenia, ani praktyk religijnych, ani czytania w refektarzu. Z reguły zachowałyśmy tylko rozmyślanie i officjum. Nie było też wzajemnego zrozumienia się, nad czym M. Duchesne bardzo cierpiała. Nagle dowiedziała się w samo święto fundatorki Św. Joanny de Chantal, że za pięć dni Przełożona wraz z pięciu zakonnicami ma zamiar opuścić klasztor. Nie pomogły tłumaczenia i błagania Filipiny. Spokojnie i z dobrocią Przełożona przedstawiła swoje racje: jest za stara, by wprowadzać nowości. Potrzeba do tego osoby młodej i odważnej. Matka Duchesne lepiej poprowadzi dzieło. Gdy nazajutrz S. Filipina zobaczyła zakonnice opuszczając klasztor schodzące ze wzgórza, pomyślała, że tym razem skończyło się wszystko z jej ukochanym monasterem. Ale myliła się. Wizytki odchodziły, ale miało jednak powstać tu nowe życie, życie nowego Zgromadzenia. Parę dni potem przyszedł do M. Duchesne O. Rivet, który bardzo się interesował klasztorem w Sainte Marie. W rozmowie napomknął o istnieniu w Amiens nowego Zgromadzenia poświęconego Najświętszemu Sercu Jezusa, pracującego nad odnowieniem religijnym we Francji przez wychowanie młodzieży. Obiecał, że da znać jednemu z Ojców Wiary (nazwa ukrywających się do tej pory OO. Jezuitów), Ojcu Rogerowi, że Sainte Marie jest wolna, i prosząc, by posłał tam grupę członków nowego Zgromadzenia, którego był współfundatorem.

            Tymczasem Siostra Rivet wstąpiła do Grenoble. Doszła potem do małej gromadki Sióstr panna Balastron. A wśród uczennic znajdowała się Emilia Giraud, która też miała zamiar zostać zakonnicą. Urok Serca Jezusa zaczął widocznie działać przyciągając powołania do starego monasteru. Na razie mała wspólnota przybrała imię „Córek propagandy wiary” – imię prorocze dla Matki Duchesne. Liczba uczennic doszła do osiemnastu. Matka Rivet objęła funkcję przełożonej. Takie były skromniutkie początki. Aż przyszła upragniona przez M. Duchesne chwila, gdy sprawa połączenia obu Zgromadzeń ruszyła z miejsca. Stało się to dzięki Ojcu Varin, znanemu w całej okolicy ze swych doskonałych nauk rekolekcyjnych i z gorliwości apostolskiej. Odwiedziny jego w Sainte Marie wraz z Ojcem Roger opisuje Matka Duchesne w następujący sposób: „Po Mszy Św. obaj zwiedzili cały dom. Szłam za nimi, nie mogąc dostrzec znaku, któryby zdradził ich uczucia i myśli. Wieczorem, podczas błogosławieństwa, Ojciec, pod natchnieniem Ducha Świętego, powziął stanowczą decyzję na naszą korzyść. Ale nic nam o tym nie powiedział. A miał nazajutrz wyjechać. Na drugim dzień poszłyśmy po Mszy Św. z Matką Rivet do obu Ojców. Ojciec Varin mówił tylko o powolności, z jaką dojrzewają dzieła Boże. Ja jednak odpowiedziałam, że Pismo Święte odwrotnie przedstawia Boga jako postępującego krokami olbrzyma i dodałam, że gdyby Św. Franciszek Ksawery tak spokojnie i powoli działał, nie ogarnąłby w swym misyjnym zapale tylu krajów. Ojciec śmiał się z mojego przejęcia i przyznał mi rację: nie trzeba dłużej czekać. Przyśle mi Matkę Barat, by założyła fundację. I to w krótkim czasie. Ta pocieszająca obietnica zdjęła mi olbrzymi ciężar z serca. Dzień ten był dniem wielkiej radości”

            Ojciec Varin zaś, zdając sprawę Matce Barat ze swej wizyty w Grenoble powiedział jej: „znajdzie Matka tam towarzyszki, które Matce pomogą, ale jedną zwłaszcza, nieprzeciętną. Warto by było pójść na koniec świata, by ją znaleźć.”

            Matka Filipina zabrała się zaraz energicznie do przygotowywania wszystkiego na zamierzone połączenie obu Zgromadzeń. Otrzymano od Generalnego Sekretarza Ministerstwa Spraw Wewnętrznych uznanie prawne szkoły tamtejszej jako zakładu wychowawczego.

            Matka Barat, która znała Filipinę tylko z imienia, była od trzech lat przełożoną małej wspólnoty w Amiens. Miała 25 lat – o dziesięć lat mniej niż M. Duchesne. Dnia 13.XII Matka Barat z trzema towarzyszkami zawitała do Sainte Marie, by wziąć dom w posiadanie. Nowe życie zaczęło się dla Matki Filipiny. Do tej pory szła sama prawie po omacku po ciemnych drogach do swego nieznanego przeznaczenia. Teraz zajaśniało jej światło: jasna droga zastąpiła wąską, ciemną ścieżynę. Pozostawało jej tylko iść ulegle i ufnie drogami posłuszeństwa.

CZĘŚĆ II

FORMACJA

 

Rozdział I - Formacja M. Duchesne w duchu Zgromadzenia. Jej nowicjat. Profesja.

 

            Po raz pierwszy Matka Barat zakładała fundację. Jak wykonywała swą władzę ta, którą Matka Duchesne od pierwszej chwili obdarzyła pełnym swym zaufaniem i szacunkiem? Na pewno nie przez narzucanie swego autorytetu. Młoda, małego wzrostu, z usposobienia nieśmiała, pragnęła tylko ukryć się w Bogu, a działała przede wszystkim swymi wewnętrznymi walorami i przez swe głębokie zjednoczenie z Sercem Jezusa. Taka przełożona, mimo swej pozornej słabości mogła mówić o Bogu i wymagać w Jego imieniu, bo sama Nim żyła.

            Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Czerpiąc, jak zawsze natchnienie z tajemnic roku liturgicznego, Matka Barat zaczęła od rozpalenia serc miłością ku Boskiemu Dzieciątku. Ono miało być wzorem i podstawą ich doskonałości. By zachęcić swe nowe córki do wielkoduszności pokazała im Pana Jezusa nowonarodzonego już jako ofiarę, bo, jak sama mówiła, żłobek jest zrobiony z tego samego drzewa, co krzyż.

            Po tych wstępnych pouczeniach nastąpił roczny nowicjat, w czasie którego, miała wtajemniczyć dawne zakonnice Wizytki w reguły nowego Zgromadzenia, z którym pragnęły się połączyć. Niektóre rzeczy zewnętrzne trzeba było zmienić, by zastosować się do celu i potrzeb Sacré – Coeur. I tak np. skasowano kraty. Matka Filipina, tak dosłownie się do wszystkiego zastosowała, że mogła powiedzieć Ojcu Roger, gdy po rekolekcjach ten polecił jej złożyć u stóp Jezusa ofiarę ze wszystkiego, do czego była najbardziej przywiązana: „Ależ Ojcze, chyba tylko przyniosę dom, bo poza klasztorem, nic mnie nie trzyma na świecie”.

            I tak powoli, spokojnie i bez wstrząsów klasztor Wizytek zaczął przybierać kształty i zamienił się na dom Serca Jezusa. Personel Zakładu składał się z następujących osób: 8. zakonnic, wliczając w to Matkę Barat i jej towarzyszki z Amiens, dwóch pobożnych wdów, nie zaangażowanych w Zgromadzenie oraz 20. uczennic internistek. Młoda S. Giraud uczyła najmłodsze internistki, Matka Duchesne – starsze. Klasą ubogich dzieci dochodzących zajęła się M. Genowefa Deshayes, świeżo przybyła z Amiens. Matka Duchesne dwoiła siły i troiła, zawsze gotowa do pomocy. W tym czasie nawiązała się między nią a jej młodą przełożoną przyjaźń mająca trwać przez całe życie, oparta na wzajemnym zrozumieniu i zaufaniu. Matka Filipina obok intensywnego życia modlitwy praktykowała surowe umartwienia zewnętrzne, np. dodawała piołun do potraw, by zepsuć ich smak. Ale Matka Barat wołała, by swoje pragnienie pokuty zwróciła raczej do wewnątrz przez opanowanie swych namiętności, wyrobienie w sobie spokoju, łagodności itp., zwłaszcza wobec licznych trudności nieodłącznych od fundowania nowego domu. Było po temu dosyć okazji, bowiem obmawiana Matka Duchesne podziwiała cierpliwość Matki Fundatorki wobec tych, co szerzyli te fałszywe wiadomości. Łagodność ta ujmowała i pociągała do naśladowania Matkę Filipinę. Była to okazja do wprowadzenia w czyn polecenia Pana Jezusa: „Uczcie się ode mnie, że jestem Cichy i pokornego serca.”

            Po opuszczeniu Grenoble Matka Barat dalej formowała swą przyszłą misjonarkę. Świadczy o tym jej bogata korespondencja. Przewidując, że czeka ją droga krzyżowa pisze do niej: „Jedynie przez krzyż ukochany i chętnie przyjęty, będziesz, jak Święty Franciszek Ksawery, mogła zdobywać dusze Chrystusowi. Bądź dzielna. Nie wyszukuj sama cierpienia, ale bądź gotowa przyjąć je chętnie
z jakiejkolwiek strony by przyszło na Ciebie. «Gotowe moje serce, Boże gotowe moje serce!» To ma być Twoja postawa.”

            W tym czasie nauki Ojców wiary OO. Lambert, Gloriot i Barat, którzy raz po raz głosili słowo Boże w Grenoble, przyczyniły się bardzo do formacji nowicjatu
w duchu Zgromadzenia. Wielki wpływ miał też O. Varin, który wraz z O. Roger przygotowywał nowicjuszki. Podobnie jak to już czynił od początków Zgromadzenia z jego fundatorką i jej pierwszymi towarzyszkami, wpajał nowicjuszkom przede wszystkim świadomość, że duchem Zgromadzenia jest radość głęboka i udzielająca się. „Odwagi i ufności!” To jego hasło, wciąż powtarzane rozszerzało serca
i wyzwalało gotowość do ofiary.

            Rekolekcje 8-dniowe przygotowywały Matkę Duchesne i jej towarzyszki do złożenia ślubów. Matka Filipina notuje w swoim dzienniku: „Każda z nas złożyła swe śluby przed ołtarzem, na którym wystawiony był Najświętszy Sakrament i w ręce naszej Matki Barat stojącej po prawej stronie ołtarza.”

            W następną niedzielę O. Varin mówiąc o wdzięczności skomentował słowa młodego Tobiasza o jego Aniele Stróżu: „Ojcze, cóż Mu oddamy, za wszystkie dobra, którymi nas obdarzył?” Na błogosławieństwie polecił przygotować się na pewną ofiarę, nie mówiąc, o co chodzi. Dopiero potem, wyjaśnił, że jest nią bliski wyjazd Matki Fundatorki do Amiens, gdzie ją wzywano w ważnych sprawach Zgromadzenia.

 

Rozdział II - Zdecydowane powołanie i zapał misjonarski Matki Duchesne.

Długa Formacja Misjonarki przez Matkę Barat.

 

            Wyjazd Matki Barat, która zostawiła w Grenoble Matkę Deshayes jako przełożoną, nie przerwał jej stosunków z Filipiną. W obfitej korespondencji można śledzić jak dojrzewało powołanie misyjne M. Duchesne jak roztropnie i cierpliwie kierowała nim Matka Fundatorka. Nie było to łatwe z uwagi na temperament przyszłej misjonarki, jej silną osobowość, nieugięty charakter i pożerające ją pragnienie czynu ofiarnego i to zaraz, bez zwłoki. Różne były etapy w historii tego powołania misyjnego. A nie wiadomo, co więcej podziwiać: czy kierowaną natchnieniem Ducha Świętego roztropność i Boży umiar Matki Barat czy żarliwość apostolską a przy tym i gotowość do wszelkich ofiar Matki Duchesne.

            Pewnego dnia przyjechał do Grenoble prosto z Ameryki francuski misjonarz, O. Lestrange i w przejmujących słowach skreślił obraz niedoli tamtejszych ludów z okolic Missisipi i Missouri. Obraz tragiczny: ogromne pole pracy nad duszami opuszczonymi i pozbawionymi wiary w Boga, kościoły zrujnowane, tu i ówdzie tylko jakiś misjonarz – Apostoł zagubiony w głuchej prerii. A równocześnie ogólna potrzeba odnowy i powrotu do Boga, religia zachowana i wspominana gdzie niegdzie w indiańskich wigwamach. Przy tym wielu księży i zakonników - emigrantów gotowych podjąć nową pracę apostolską. Nowopowstałe państwo dawało swobodę ewangelizowania ludu. Słowem obraz nocy, w której świta już jutrzenka.

            Przemówienie to wywarło ogromny wpływ na Matkę Filipinę. Do tej pory wahała się, jaki wybrać kierunek życia i czemu się szczególnie poświęcić, bo trzy dziedziny ją pociągały: życie kontemplacyjne, wychowanie młodzieży i praca na misjach. Teraz, przy pomocy łaski Bożej zdecydowała się stanowczo na to ostatnie. A było to właśnie 6. stycznia. Gwiazda Trzech Króli wskazała jej wyraźnie kierunek drogi życia. Zaraz też napisała do Matki Barat, oznajmiając Jej swoje postanowienie. „W czasie rozmyślania odprawianego w sypialni dzieci na temat oderwania się trzech Króli, powzięłam zamiar naśladowania ich. Poczułam się wyzwolona od nadmiernego przywiązania do tego domu Sainte Marie i postanowiłam ofiarować się na misje do dalekich krajów pogańskich, by nauczać tych, co nie znają Chrystusa”. Myśl ta nie opuszczała Filipiny od wielu lat.

            Warto przytoczyć tutaj list, w którym opisuje Matce Fundatorce noc z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek spędzoną całą na modlitwie w roku 1806. „O, błogosławiona noc! Spędziłam ją całą na nowym kontynencie. Najpierw rozważając Mękę Pana Jezusa zebrałam starannie Krew Jego Najświętszą w Ogrodzie Oliwnym, w Pretorium, na Kalwarii. Potem wzięłam ze sobą Najświętszy Sakrament i z tym moimi skarbami powędrowałam w dalekie strony misyjne. Widziałam w wyobraźni Świętego Franciszka Ksawerego stojącego przed tronem Bożym i prosiłam go, by ten zasiew przyniósł obfity owoc. Dwanaście godzin tej nocnej adoracji minęły mi na kolanach jak jedna chwila, bez zmęczenia. A w Wilię zdawało mi się jeszcze, że nie będę mogła wytrzymać godziny. Tyle miałam do ofiarowania Panu Jezusowi: Matkę...i to jaką...siostry...rodzinę...nasz klasztor. A potem widziałam się w otoczeniu czarnych małych dzikusów i czułam się wśród nich bardziej zadowolona niż największy potentat świata. Dobra Matko, gdy Matka mi powie: «Oto cię posyłam», odpowiem prędko: «Jadę!» Och! Gdyby to mogło być przed końcem tego roku!”

            Ileż lat miało od tego czasu upłynąć! Teraz Matka Barat z radością przyjęła ten projekt, który był niegdyś jej własnym marzeniem, a zrezygnowanie z niego wiele ją kosztowało. „Pragnienie to – pisze do Filipiny – wcale się nie zmniejszyło, odwrotnie – wzrasta z każdym dniem. Proszę Boga, by przynajmniej jedna z moich towarzyszek mogła go spełnić, jeśli Pan Bóg nie pozwala mi w tej chwili opuścić kraju i każe tutaj pracować.” Zachęca też Filipinę do ufności i cierpliwości do przygotowania się do tej upragnionej chwili przez wytężoną pracę nad sobą. „Trzeba się oczyścić – pisze do niej – rzucić się w rozpalone ognisko ofiary – trzeba stać się barankiem ofiarnym”.

Potrzeba było długiego przygotowania do tej ważnej misji, którą miała spełnić. Przez 13 lat trwał ten „drugi nowicjat”, w czasie którego Matka Barat formowała Filipinę do jej zadania. Misjonarz jest człowiekiem oderwanym od przywiązań ziemskich, gotowy do wszelkich ofiar z tego, co kocha. Jest człowiekiem pragnień. Dlatego Matka Fundatorka podsyca z jednej strony te pragnienia apostolskie Filipiny informując ją o pracach misjonarzy. Z drugiej jednak strony odkłada świadomie ich realizację. Chce, by wykazywała czas czekania na wyrabianie cnót koniecznych dla misjonarza: pokory, miłości, cierpliwości.

            Tymczasem Matka Duchesne, zawsze zapracowana, pełna poświęcenia dla innych, oddawała się z zapałem wszelkiego rodzaju zewnętrznym praktykom umartwienia. Nie bardzo to było po myśli Matki Założycielki, która w listach polecała jej raczej pracować nad nabyciem cnót wewnętrznych: „Tak lubisz Świętego Franciszka Salezego. Czemuż nie przejęłaś się jego duchem, gdy byłaś Wizytką? Jakiej łagodności on uczuł w stosunku do siebie samej i do wszystkich innych ludzi!” Zasmucało ją też, że po upadkach i niepowodzeniach przyszła misjonarka oburzała się na siebie i wpadała w zniechęcenie. Radziła jej: „Znoś się cierpliwie. Nigdy przygnębienia, smutku, gdy zawinisz. Trzeba wtedy podwoić pokorę i ufność.” „Misjonarz musi się stać wszystkim dla wszystkich – starać się o nabycie cnót, które zdobywają serca: łagodności, uprzejmości, równości usposobienia.”

            A matka Duchesne wciąż przynaglała Matkę Barat o pozwolenie jechania. Nie zdawała sobie sprawy z trudności, jakie właśnie wtedy Zgromadzenie przeżywało: kryzys i obawa rozłamu w Amiens, nieżyczliwość rządu, który skasowawszy i wydaliwszy Ojców Wiary mógł lada chwila zrobić to samo z Sacré – Coeur. Matka Barat nie kwestionowała wcale potrzeby fundacji na misjach (było to przecież jej marzenie od lat), ale chwila wydawała jej się nieodpowiednia i przedwczesna. „Nie wystarczy wyruszyć – pisze do Matki Duchesne – ale trzeba jeszcze wiedzieć dokąd się jedzie i co się tam będzie mogło zdziałać”. Z drugiej strony dodaje jej otuchy: „Twoje nadzieje się spełnią. Dużo rzeczy na to wskazuje. Bądź więc spokojna i czekaj cierpliwie, a przede wszystkim zgadzaj się, jak we wszystkim tak i w tym, z wolą Bożą, którą w swoim czasie pokaże.”

            Nie było to łatwe dla tej ognistej natury: bujna wyobraźnia podsycała pragnienia i wolę natychmiastowego zrealizowania misyjnych marzeń. Co w tej rozłące czekającej Filipinę stanowiło dla niej największą ofiarę? Widzieliśmy już ile ją kosztowało opuszczenie licznej i bardzo kochającej się rodziny, gdy wstępowała do Wizytek. Teraz miało to być zupełne wyrzeczenie się widzenia jej i częstych kontaktów, nawet listownych, w sytuacji ówczesnych warunków podróży i korespondencji. A tak mocne były więzy między poszczególnymi członkami tej licznej rodziny! Pan Duchesne miał syna i pięć córek, wszystkie solidne chrześcijanki. Filipina dzieliła z nimi radości i smutki, żyła z nimi bardzo blisko. Serce miała bowiem bardzo kochające i wrażliwe, choć na pozór siła, nieugięta wola i pewna surowość zdawały się przyćmiewać jej uczucia.

            Z ojcem łączyły ją specjalnie bliskie stosunki. Więzy te były tym mocniejsze, że zbliżały ich pewne podobieństwa charakteru. Był to człowiek o nieprzeciętnych wartościach moralnych i społecznych. Niestety przesiąknięty filozofią wolteriańską, daleki był od Boga, co bardzo martwiło Filipinę. Gdy się dowiedziała, że jest ciężko chory i grozi mu śmierć bez pojednania z Bogiem, podwoiła swoje modlitwy i ofiary i wraz z dwoma swymi siostrami pojechała do niego. Bóg przez jej usta tak skutecznie przemówił, że odbył spowiedź z całego życia i po kilku dniach, opatrzony świętymi Sakramentami oddał Bogu ducha.

            Miała też Matka Duchesne w internacie klasztoru Sainte Marie bardzo bliską i ukochaną siostrzenicę Eufrozynę Jouve. Odznaczała się wielkimi zdolnościami i wielkimi wartościami charakteru, zwłaszcza ofiarnością i poświęceniem dla drugich. Ciotka pokładała w niej wielkie nadzieje, tym bardziej, że od wczesnej młodości okazywała nieugięty zamiar wstąpienia do klasztoru. Ale i tej ofiary zażądał Pan Jezus od Matki Duchesne. Ciężka nieuleczalna choroba nawiedziła młodą nowicjuszkę. Cierpienia swe znosiła z budującą cierpliwością, pogodą i ofiarną zgodą z wolą Bożą. Wkrótce potem Pan Bóg nagrodził jej nieprzeciętną cnotę odwołując ją do Siebie.

 

Rozdział III - Matka Duchesne w Paryżu. Zbliża się godzina wyjazdu na Misje.

 

            W Paryżu miała się odbyć bardzo ważna Rada Generalna w celu ustalenia Konstytucji Zgromadzenia. Udała się na nią Matka Duchesne z ówczesną przełożoną klasztoru Sainte Marie d’en Haut, Matką Bigeu. Przybyła do Paryża z ukrytą nadzieją, że nareszcie otrzyma wymarzone pozwolenia wyjazdu ma misje. Tymczasem Rada Generalna wybrała ją na sekretarkę Generalną Zgromadzenia ze stałą siedzibą w Paryżu. Tam bowiem miał być odtąd Dom Macierzysty. „Zmartwiłam się tym, – pisze później, – że chciano może przez to uniemożliwić udanie się moich tak drogich projektów.”

            Przejęta do głębi duszy tą nową zaporą na drodze jej specjalnego powołania, zwierzyła się jeszcze raz Matce Barat, błagając o pozwolenie wyjazdu. Matka Barat próbowała jeszcze wytłumaczyć swej gorliwej misjonarce, że obecność jej w Paryżu jest konieczna w chwili, gdy otwiera się nowy dom, uświadomić trudności czekające w podróży i przy zakładaniu misyjnej fundacji. Zakończyła słowami: „Czekaj i módl się! Na razie to niemożliwe. O nic nie proś.” „Nie proszę o nic – odpowiedziała Filipina – tylko o jedno słowo «JEDŹ». Łaska posłuszeństwa starczy mi za wszystko.”

            Wobec tak ofiarnej i zdecydowanej postawy Matka Fundatorka zgodziła się na przygotowania do podróży, o ile zaistnieją odpowiednie okoliczności, okazujące, że taka jest wola Boża.

            Tymczasem Matka Duchesne oznajmiła swoje zamiary rodzinie. Uregulowała też sprawy finansowe. Ze zwykłą sobie hojnością odstąpiła należną jej część majątku rodzinie, zachowując sobie tylko to, co przeznaczała na przyszłą fundację. „Jestem pewna, – napisała do swojej siostry, – że niczego mi nie zabraknie, a gdyby się zdarzyło inaczej, będę się cieszyła, że mogę wypełnić mój ślub ubóstwa.”

            W tej korespondencji z panią Jouve padło kiedyś nazwisko osoby, która miała odegrać wielką rolę w życiu apostolskim Matki Duchesne. Ksiądz Biskup Dubourg, ordynariusz Luisiany w Ameryce Północnej, odwiedził Lyon a jego misyjne konferencje zrobiły na mieszkańcach miasta wielkie wrażenie. Z zapałem składano ofiary na rzecz misji, a liczni kapłani wybierali się z nim do Ameryki, by pomagać w szerzeniu Królestwa Bożego.

            Wiadomość ta jak iskra elektryczna wstrząsnęła Matką Filipiną i rozbudziła w niej nowe nadzieje misyjne. I rzeczywiście zdawało się, że nareszcie zaczyna się coś ruszać w tej dziedzinie. Ojciec Barat, popierający bardzo te projekty zetknął się w Bordeaux z Biskupem Dubourg i tak wspomina ową wizytę. „Długo rozmawiałem z ks. Biskupem na temat Matki projektów. Bardzo pragnie, byście się osiedliły w jego diecezji. Ponieważ Matka Przełożona uznała powołanie Matki za nadprzyrodzone, sprawa jest przesądzona. Chodzi tylko o wybór czasu i środków podróży. Kilka tygodni później ks. Biskup Dubourg zjawił się w Paryżu u Matki Barat. Zapragnął odprawić u nas Mszę Św., a gdy Matka Generalna towarzyszyła mu potem przy śniadaniu, wyraził jej swoje życzenie, by posiadać w swojej diecezji zakonnice Sacré – Coeur. Matka Barat ujrzała w tym nowy znak woli Bożej. Ale nie skończyły się na tym jej wahania i sprzeciwy, a przed Matką Duchesne piętrzyły się coraz nowe przeszkody.

            Dyskutowali nad tym ludzie poważni, księża oddani Zgromadzeniu, jak O. Perreau, przełożony duchowny paryskiego Domu. Nie poddawał on w wątpliwość samego projektu, uznawał jego potrzebę, ale chwila wydawała mu się nieodpowiednia do działania i przedwczesna. Napisał też w tym sensie do Matki Generalnej, a do jego zdania dołączył się też Ojciec Varin. Było to w maju 1817 roku. Oczekiwano właśnie powrotu Biskupa Dubourg do Paryża. Gdy przybył do Sacré - Coeur, pełen ufności w powodzenie swych misyjnych przedsięwzięć, przemówił do nowicjuszek cytując im słowa z Pisma Świętego: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody.” Było to właśnie to słowo, które w wilię Wniebowzięcia uderzyło i otuchą napełniło Filipinę.

            Jakież było więc jego zdziwienie i zawód, gdy zobaczył, że Matka Przełożona zupełnie się zmieniła pod wpływem swych doradców. Bała się wziąć na siebie odpowiedzialność za tę wyprawę, tak najeżoną niebezpieczeństwami i niepewną w wyniku. Prosiła go więc jeszcze o zwłokę. Na próżno nalegał. Niezadowolony i smutny opuszczał więc nasz dom, a odprowadzała go Matka Barat widocznie zatroskana i niespokojna w duszy.

            Była to chwila decydująca. Już miał przekroczyć próg domu, gdy nadbiegła Matka Duchesne, rzuciła się do stóp Matki Generalnej wołając błagalnie: „Matko, błagam o Matki pozwolenie, o łaskę pozwolenia”. Ta zatrzymała się, skupiła głęboko w sobie i widocznie Bóg przemówił do niej wewnętrznie, bo rzekła po chwili: „A więc daję Ci je, droga Filipino, i od tej chwili zacznę szukać towarzyszek dla ciebie.”

            Tak zdobyte zostało szturmem zezwolenie na pierwszą fundację misyjną w Ameryce. Datę wyjazdu natychmiast wyznaczono na następny rok 1818. Upłynęły dwa lata od tej pamiętnej nocy w święto Trzech Króli, gdy Matka Duchesne usłyszała wyraźnie wezwanie Boże do pracy misyjnej.

 

Rozdział IV - Wyjazd na Misje.

 

            Kilka dni potem, w sam dzień Św. Franciszka Regis, O. Barat doniósł Matce Duchesne, że biskup Dubourg, ordynariusz Luisiany, wyrusza nazajutrz w powrotną drogę do swojej diecezji, licząc, że za parę miesięcy podążą za nim zakonnice.

            Przyszedł więc czas dla Filipiny oznajmienia rodzinie o swoim wyjeździe. Specjalnie wzruszające było pożegnanie listowne z ciężko chorą siostrzenicą, Aloizją Jouve, która, gdy była jeszcze zdrowa, marzyła o poświęceniu się pracy misyjnej. Ciężka to była dla niej ofiara niemożność zrealizowania swych pragnień, ale zrozumiała, że Bóg przyjmuje jej cierpienia, znoszone bohatersko w duchu apostolskim na tę intencję.

            A kto się zgłaszał na misjonarki, towarzyszki Matki Duchesne? Było ich kilka.

Oktawia Berthold, która wstąpiła do nowicjatu w Grenoble. Pochodziła z Genewy z rodziny kalwińskiej. Ojciec jej był sekretarzem Voltaire’a, a ona sama przez dwadzieścia parę lat żyła z dala od Boga. Dzięki swej wybitnej prawości doszła ona jednak do Kościoła Katolickiego, a Chrystus Ukrzyżowany stał się jej jedyną, najwyższą miłością. Teraz pragnienie dzielenia Jego zbawczej misji pociągało ją w odległe pogańskie kraje. Posiadała duże wykształcenie, cieszyła się przyjaźnią ludzką dzięki swej umiejętności życia w towarzystwie, a dzieci
z paryskiego internatu bardzo ją lubiły. Ale bez wahania porzuciła to wszystko, by iść za swym powołaniem misyjnym.

            Z Grenoble pochodziła też druga towarzyszka Matki Filipiny – Eugenia Audé. Za młodu oddawała się namiętnie przyjemnościom światowego życia. Pochłaniały ją zabawy i stosunki z najwyższymi sferami społecznymi. Bywała nawet na dworze cesarza Napoleona. Aż raz doznała specjalnej łaski: ukazało jej się oblicze umęczonego i zakrwawionego Pana Jezusa i ten widok tak na nią podziałał, że postanowiła rzucić świat i pójść za Chrystusem odkupującym swą męką i śmiercią grzeszną ludzkość. Najpierw wstąpiła do Sacré – Coeur, a potem zdecydowała się poświęcić się pracy nad zbawieniem dusz w pracy na misjach. Z nowicjatu w Grenoble przeniosła się do nowicjatu generalnego w Paryżu. Tu poznała Matkę Barat i przywiązała się do niej gorąco, a uczucie to było przez całe jej życie kolejno siłą, cierpieniem i pociechą.

            Bardzo zdolna, aktywna, zaradna a przy tym ofiarna, miała być w Ameryce raczej typem dynamicznym wychowawczego i apostolskiego działania, podczas gdy Matka Berthold zdobywała raczej dusze przez swoje cierpienia i ofiary.

            Z dziennika Matki Audé możemy się dowiedzieć jak wyglądały ostatnie chwile pobytu misjonarek w Paryżu. Pisze ona: „W wigilię naszego wyjazdu Matka Barat zgromadziła nas u siebie. Przedstawiła nam w mocnych i przejmujących słowach wielkość naszego powołania, godnego zazdrości w oczach wiary. Dodała: „Gdybyście tylko jedno tabernakulum otworzyły w Luisianie i doprowadziły tych biednych pogan do wzbudzenia jednego aktu miłości Boga, czy nie powinnyście czuć się szczęśliwe? Przyjdźcie moje córki tak bardzo drogie i przyjmijcie nasze pożegnalne uściski.” Zbliżyłyśmy się do Niej, uklękłyśmy w milczeniu, głęboko przejęte. Co za chwila! Potem rozstałyśmy się. Wieczorem, na rekreacji nasza Matka i Siostry patrzyły na nas ze wzruszeniem i radością zarazem. Matka zdjęła swój sznurek od krzyża i dała mi go jak również swój zegarek. Rozdała też różne pożyteczne przedmioty innym Siostrom. Byłaby chciała wyzbyć się wszystkiego dla nas. Widziałam, jaka była wzruszona do łez.”

            Matka Duchesne została mianowana przełożoną naszej misyjnej grupy i otrzymała specjalne pełnomocnictwo do zarządzania domami w Ameryce. Nazajutrz w niedzielę 8 lutego 1818 roku było wystawienie Najświętszego Sakramentu przez cały dzień. Ks. Perreau przyjął śluby wieczyste M. Eugenii Audé i przemówił na temat tekstu z Pisma Świętego: „Umiłowany mój należy do mnie, a ja do niego.” Rano przyszedł też do naszego domu O. Varin. Matka Audé wręczyła mu swój krzyż i obrączkę, aby je otrzymać znowu z rąk tego czcigodnego Ojca jako założyciela Zgromadzenia.

            „Cóż mogę powiedzieć o łasce mojej profesji – pisała później Matka Audé do swoich sióstr z Quimper – czuję się taka niegodna jej i zmusza mnie ona do tego, bym nie stawiała żadnych granic memu całkowitemu oddaniu się Jezusowi. Chrystus, dając mi krzyż, chciał, by on nie był tylko znakiem zewnętrznym, ale wprowadził go do mojego serca. Kazał mi go dźwigać odczuwając to moje oddalenie od Was, moje drogie Matki i Siostry. Ale równocześnie dał mi ukochanie go i pewność, że u stóp tego krzyża otrzymam dla tej mojej kochanej rodziny wszystkie dary Jego miłości.”

            W dzień wyjazdu Matka Duchesna miała jeszcze spotkanie z Ojcami Varin, Roger i Druilhet, którzy nie szczędzili jej słów zachęty. Po spożytym na prędce posiłku, gdy oznajmiono, że powóz już czeka, Matka Duchesne wstała pierwsza, by się pożegnać ze swą przełożoną i całą wspólnotą. Widząc, że Oktawia Berthold płacząc z trudem wyrywa się z objęć żegnających ją Sióstr wzięła ją za rękę i przekroczyła z nią próg. Parę minut później dyliżans unosił w stronę Bordeaux przyszłe misjonarki. Stamtąd bowiem miały wyruszać za ocean. We środę mała gromadka przybyła do Poitiers, do domu Feuillants, gdzie przyjęto ją całym sercem i przyłączyła się do nich Siostra Małgorzata Manteau.

            W Bordeaux były już oczekiwane przez małą wspólnotę zakonnic uczących, które gościły też niegdyś Matkę Barat. Nazajutrz po spełnieniu jakiejś wielkiej ofiary przeżywa się często bolesną próbę. Odczuwa się bardzo wartość tego, co się opuściło a przyszłość ukazuje się niepewna, jakby we mgle; jest się jakby zawieszoną we mgle.

Matka Duchesne przedstawia ten swój stan w liście do Matki Fundatorki: „Chociaż Bóg podtrzymuje mnie w swych zamiarach i otaczają nas tu wielką dobrocią, znalazłam się przyjeżdżając do Bordeaux w stanie jakiegoś otępienia, strachu i ciemności. Wchodząc do Kościoła Św. Andrzeja powtarzałam z przejęciem słowa tego Apostoła, którymi witał przygotowane dla niego narzędzie męki: «O dobry krzyżu, długo wyczekiwany i który nareszcie masz wypełnić moje pragnienie!» Siostry moje przechodziły podobne stany słabości i przygnębienia, które przewidywałam i podwójnie z nimi dzieliłam. Ponieważ dzień wyjazdu nie jest jeszcze wyznaczony, skorzystałyśmy z tego czasu, by odprawić rekolekcje. Spotkałyśmy tu Ojca Barat. Brat Matki ma specjalny dar pchnięcia mocno ku doskonałości dusze, które się opierają.”

            A Matka Audé tak się wypowiada: „Gdybym w czasie naszej podróży miała tylko tę jedną łaskę, że spotkałam świętego, nie żałowałabym, że ją przedsięwzięłam.”

            Miały więc i pomoc duchową, a Ojciec Perreau napisał do Rzymu prosząc Ojca św. o błogosławieństwo dla misjonarek. W pierwszych dniach pobytu swego w Bordeaux poszły się przedstawić miejscowemu arcybiskupowi, D’Avieu. Powinszował im serdecznie, że jak się wyraził „opuszczają kraj, w którym szerzy się coraz bardziej bezbożność, by nieść wiarę tam, gdzie dusze jeszcze nie sprzeniewierzyły się łasce Bożej.” W przeddzień wyjazdu O. Barat wygłosił jeszcze krótkie przemówienie do misjonarek, utwierdzając je w ofiarnym nastawieniu gotowości cierpienia wszystkiego dla Chrystusa. Niegdyś, w Wielki Czwartek 1806 roku, podczas nocnej adoracji, miała Filipina jakby wizję misji, którą Bóg jej przeznacza. Teraz, po tylu latach znowu w Wielki Czwartek, 19 marca 1818, stanęła wraz ze swymi towarzyszkami na żaglowcu „Rebeka”, mającymi ją zaprowadzić do spełnienia tego przeznaczenia. Na tym samym statku znajdował się też ksiądz Martial, Wikary Generalny Biskupa Dubourg.

21 marca „Rebeka” opuściła port, a nazajutrz w sam dzień Wielkanocny Matka Duchesne straciła z oczu ziemię Francji, której już nigdy nie miała zobaczyć.

 

CZĘŚĆ III

MISJE

 

Rozdział I - Podróż i przybycie do Ameryki. Marzec – sierpień 1818.

 

Nazajutrz powiał wiatr przeciwny i przez 7 dni miotał statkiem na wszystkie strony w Zatoce Gaskońskiej. Kapitan był zatroskany i smutny. Mówiono o tym przy stole i ktoś zaproponował ciągnienie losów, by zobaczyć, który z pasażerów ściąga gniew Boży na statek. M. Audé pisze: „Bardzo nam było przykro, tym bardziej, że przepowiedziano kapitanowi, iż jeżeli będą na pokładzie księża lub zakonnice, statek niechybnie ulegnie rozbiciu. Ledwie wróciła pogoda, spotkałyśmy amerykański statek korsarski z Buenos Aires, uzbrojony w jedenaście armat, z dwustu ludźmi na pokładzie, który gonił hiszpańskie okręty. Ameryka bowiem wojowała wtedy
z Hiszpanią. Dwóch oficerów stamtąd odwiedziło naszego kapitana. Szczęście, że jest Amerykaninem, inaczej moglibyśmy być doszczętnie ograbieni. W pierwszych dniach maja okręt nasz był tak miotany szalejącymi wichrami, że 5 razy przekraczał linię równika. 10. czerwca.- w dzień Zielonych Świąt - deszcz, wiatr i niesamowita burza zmusiły załogę do zwinięcia żagli i opuszczenia steru. Często widziałyśmy „Rebekę” w tym opłakania godnym i niebezpiecznym stanie w czasie naszej podróży”

            W czasie spokojnej żeglugi nasze podróżniczki podziwiały cuda przyrody, wielbiąc w nich Stworzyciela: całe tysiące roślin morskich na olbrzymich przestrzeniach fal oceanu wyglądały jak żywe kwiaty, świetlane zjawiska fosforescencji, itd. Były też świadkami niecodziennego widoku łowienia rekinów.

Matka Duchesne opisuje Matce Barat w szczegółach tę niełatwą przeprawę, w czasie której przeżywały chwile trwogi. Nękała je też morska choroba. Ale najbardziej dawał im się we znaki brak Mszy św. Mimo tych cierpień i poczucia własnej niemocy, Matka Duchesne podtrzymywała odwagę swych towarzyszek, zwłaszcza s. Katarzyny, która zupełnie zbita z tropu powtarzała wciąż: „Nie myślałam, że będę musiała tak daleko jechać!” Jednak, gdy pogoda wracała, zapewniała wszystkich: „Jak już stanę na lądzie, wszystko pójdzie dobrze.” Pocieszała się zresztą śpiewając swym pięknym głosem: „Ave Maria stelle.” „Na statku zauważono nawet, że ta pieśń posiadała właściwość przywracania pogody. A gdy groziła burza, kapitan prosił Siostry: „Zaśpiewajcie tę piękną pieśń, która sprowadza nam dobry wiatr.”

Wreszcie 25. maja „Rebeka” wpłynęła na błotniste wody rzeki Missisipi,
a 29. osiągnęła ląd amerykański, w sam dzień Święta Serca Jezusa. Pięć zakonnic odnowiło swoje śluby, a ks. Martial przemówił krótko do nich, po czym po raz ostatni odprawił na statku Mszę Św. Podróżniczki marzyły o tym, żeby tego samego dnia jeszcze dostać się do Nowego Orleanu, ale zdawało się to niemożliwe. Ale o 7. wieczór niespodziewanie ukazały się na brzegu dwa powozy. To uprzedzeni o przybyciu zakonnic księża przyjechali po nie.

            Matka Audé tak opisuje przywitanie misjonarek z ziemią amerykańską: „Ogromne było nasze wzruszenie, gdyśmy po raz pierwszy stanęły na ziemi, która była celem naszych marzeń. Matka Duchesna klękła i ucałowała ją ze łzami, tak była przejęta. Były to łzy radości. Poszłyśmy za jej przykładem spontanicznie. Noc już zapadała, niebo iskrzyło się od gwiazd, które odbijały się w srebrzystej gładkiej powierzchni rzeki. Tysiące lśniących muszek podobnych do naszych robaczków świętojańskich tworzyło dookoła nas świetlaną iluminację. Tu i ówdzie były ładne zabudowania mieszkalne. W jednym z nich dostałyśmy chleba, którego nie jadłyśmy od 70 dni. Wszystko jakoś się przyczyniało do podnoszenia naszych dusz ku Panu Bogu.”

            Nazajutrz Matka Duchesne zamieszkała wraz z towarzyszkami w domu Urszulanek, gdzie przybycie ich zapowiedział naprzód biskup Dubourg. Doznały tam bardzo gościnnego i serdecznego przyjęcia. Zakonnice te prowadziły szkołę, w której młodzież z Dolnej Luisiany otrzymywała wychowanie chrześcijańskie. Były wśród nich i małe Murzynki. Z rozkoszą spotkała się z nimi Matka Duchesne. Widziała w nich wróżbę prac ewangelizacyjnych, które ją do tych dalekich krajów sprowadziły.

            Tymczasem „Rebeka” dopłynęła do Nowego Orleanu. Gdy nasze zakonnice zjawiły się na pokładzie statku, by zabrać swoje rzeczy, przywitano je owacyjnie, a kapitan oświadczył, że nie miał nigdy pasażerów, z których byłby tak zadowolony jak z nich.

            Ledwo parę dni była Matka Duchesne w Nowym Orleanie, gdy pewnego ranka spostrzegła, że ma całe ciało spuchnięte i pokryte dziwnymi, nieznanymi jej plamami. Doktor orzekł z ponurą miną: „Szkorbut!” i bardzo się zdziwił, że lekarz badający pasażerów przed ich opuszczeniem statku, nie stwierdził u niej tej poważnej choroby. Ale Matka Duchesne nie przejęła się zbytnio tym faktem. Tak swoje wrażenia przedstawia Matce Barat: „Nie przeraziłam się, ale poważnie spojrzałam na to widząc, że Bóg widać chce czegoś innego ode mnie. Zdawałam sobie sprawę, że Eugenia będzie mogła doskonale kierować dalej całą naszą łodzią, która jeszcze lepiej popłynie. Byłam szczęśliwsza od Mojżesza, bo przynajmniej ujrzałam Ziemię Obiecaną i sprowadziłam do niej małą kolonię, która miała zdobywać Sercu Jezusa dusze. Zaręczam Matce, że śmierć miała dla mnie wiele uroku, bo słusznie się obawiałam, że żyjąc popsuję dzieło naszej fundacji. Ale Bóg mi pokazał tylko na chwilę potęgę swego uroku, bo po kilku dniach kuracji powróciłam do mego normalnego stanu.” Przypisywała swe wyzdrowienie troskliwej opiece Sióstr Urszulanek, które otaczały swych gości takim sercem jakby należały do ich Zgromadzenia.

            Czekając aż biskup wyznaczy misjonarkom, dokąd mają się udać, Matka Duchesne informowała się, obserwowała, zapoznawała się z sytuacją w kraju. Trzeba przyznać, że to, co ukazywało się w tym pierwszym kontakcie nie było zbyt zachwycające. Ludność Nowego Orleanu liczyła wtedy 15 tysięcy osób: wolnych i niewolników. Ale ile potrzeb! Ile nędzy! Demoralizacja wśród rodzin białych to rzecz na porządku dziennym. To samo u Murzynów. Również wśród młodzieży ignorancja i zupełny brak kultury, a przy tym pycha i zarozumiałość. Czy to miały być te dusze proste i niewinne, które spodziewały się spotkać w Nowym Świecie?

            „Jak potrzebne byłyby liczne zakłady wychowawcze w tych stronach – pisze Matka – widuje się tu młode dziewczęta osiemnastoletnie, które do tej pory niczego się nie nauczyły oprócz jedzenia i biegania. I to pochodzące z najbogatszych rodzin! Nie umieją się tu ludzie modlić, robić znaku krzyża świętego, klękać. Nie znają zasadniczych prawd wiary.” Bardzo to było bolesne. Ale z wielką i niespodziewaną radością znalazła na tych terenach misyjnych ślady nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa. W korespondencji Jej czytamy: „Niestety nie nam przypadła w udziale chwała wprowadzenia do Stanów Zjednoczonych Serca Jezusa, ale z wielką pociechą odkryłam tu Jego piękny obraz namalowany w Rzymie i wpadła mi w ręce książka do nabożeństwa drukowana w Nowym Jorku zawierająca modlitwy do tegoż Boskiego Serca.” Matka miała i inne radości misyjne. Na przykład była świadkiem, jak każdego wieczoru ksiądz Martial gromadził Murzynów na katechizację, a gdy trzeba było się rozstać, widziała ich żal, że nie można słuchać tego przez całą noc. Nawiązała też kontakt z kilkoma rodzinami indiańskimi ze szczepu Choctas, mieszkającymi w pobliżu. Wspierała ich jałmużną, czasami kupowała od nich jakieś robótki, które posyłała do Europy. Donosiła o nich: „Ci biedni tubylcy mają na twarzy taki wyraz nędzy i cierpienia, że aż żal patrzeć. Nazywają nas : «Kobiety Wielkiego Ducha»”

            Zazdrościła trochę Ojcu Martial, że zaraz znalazł pole działania, podczas gdy one ciągle jeszcze były bezczynne, czekając na rozkazy ks. Biskupa Dubourg. Ale to opóźnienie wiadomości nie było spowodowane jego winą. Gdy tylko dowiedział się o przybyciu misjonarek do Nowego Orleanu, napisał do nich list, z którego przytaczamy wyjątki: „Niech Bogu będą dzięki, żeście przyjechały. Piszecie, że przybyłyście tu, by szukać krzyża. Bądźcie spokojne, nie będziecie potrzebowały go długo szukać. Gdybyście nie były ożywione tym usposobieniem, lękałbym się o Was, zamiast się cieszyć z waszego przybycia. Ale nie lękajmy się niczego. Bóg jest z nami.”

            Niestety list ten zaginął po drodze i dotarł do adresatek dopiero po sześciu miesiącach. Matka Duchesne czekała więc, i już nie wiedziała, co robić, biedaczka. Pisze do Matki Generalnej: „Biskup nie pisze, co nie jest pocieszające. Boję się, że jeszcze długo będziemy tu musiały siedzieć.” Urszulanki z wielką bezinteresownością radziły im założyć szkołę podobną do tej, którą same prowadziły, ale Matka Duchesne wytłumaczyła im, że misją naszego Zgromadzenia jest praca na terenach Saint Louis, a celem nawracanie pogan. Swoją drogą w liście do Matki Barat przedstawia jej jak dobrze i pożytecznie byłoby osiedlić się kiedyś w przyszłości w tym mieście.

            W sytuacji braku wyraźnych dyrektyw, dowiedziawszy się skądinąd, że Biskup czeka na nią w Saint Louis, zdecydowała się tam pojechać. „400 mil, to drobiazg – tłumaczyła – gdy się ich przebyło tysiące a żegluga na spokojnej rzece, to igraszka, gdy się widziało morze i jego burze.” Urszulanki, które uważały nasze zakonnice za prawdziwe siostry, przekazały im na drogę 500 piastrów (15 tys. franków). Pełne wdzięczności za tyle okazanej dobroci i hojności pięć naszych misjonarek, po serdecznym pożegnaniu wyruszyło nazajutrz na statku „Franklin” na rzekę Missisipi. Olbrzymia ta rzeka, największa w Ameryce Północnej, w owych czasach jeszcze nie należycie uregulowana, przedstawiała wiele niebezpieczeństw, zwłaszcza z powodu zamulonego dna i ławic piaskowych, wstrzymujących żeglugę. Potrzeba było 4. miesięcy do przebycia odległości między Nowym Orleanem a Saint Louis.

            Dziennik podróży notuje szczegółowo przeszkody i trudności tej przeprawy. Natłoczone wraz z innymi pasażerami w niewielkim pomieszczeniu, gdzie musiało się zmieścić 17 osób, zakonnice pracowały, modliły się, uczyły się angielskiego. Statek parowy (nowy wynalazek!) posuwał się z trudem po tej olbrzymiej przestrzeni wodnej, wyglądającej jak ocean, o brzegach niekiedy malowniczych i wesołych, bądź też opustoszałych i ponurych. Nie było dnia bez przygody. To parowiec zostawał nagle zatrzymany przez niewidzialną zaporę z olbrzymich pni drzew wyrwanych z ruchomych brzegów rzeki. To wpadał na ławicę piasku, z której dopiero po jedenastu godzinach pracy i niebezpiecznych wysiłków wreszcie go wydobywano. Czasami brakowało drzewa na opalanie maszyny. Wtedy cała załoga musiała wysiadać i w lasach dziewiczych szukać materiału na opał. Dużo czasu zabierało ścinanie, przywożenie i ładowanie drzewa. Przez ten czas pasażerowie, korzystając z przymusowego postoju, szli polować na dzikie indyczki, które urozmaicały ich jadłospis. Zdarzyło się nawet, że zabrakło chleba. Wtedy wyprodukwano mąkę ze zmiażdżonych ziaren kukurydzy.

            Pewnego dnia nasze podróżniczki ujrzały nad brzegiem rzeki nowopowstałe miasteczko, z którego wychodzili Indianie zupełnie pijani. Był to szczep Natchez (znany w literaturze romantyzmu francuskiego dzięki wspomnieniom Chateaubriand’a). Mężczyźni nosili we włosach upolowane przez siebie ptaki. Żony wodzów jechały konno w czerwonych sukniach z rozpuszczonymi włosami i szerokimi, białymi kapeluszami ozdobionymi srebrnym galonem. Gdzie indziej spotykało się sekciarzy anabaptystów, odzianych w skóry zwierzęce, żyjących w lasach i karmiących się jego owocami.

            Pod koniec podróży wszedł na statek znany francuski ksiądz Gabriel Richard, pochodzący z rodziny wielkiego kaznodziei XVII wieku Bossuets. Jak jego pra-wuj głosił słowo Boże na dworze Ludwika XIV, tak on apostołował wśród indiańskich plemion amerykańskich. Zakonnice ze wzruszeniem obserwowały jego pokorę i skupienie, gdy schodził ze statku na brzeg rzeki, by chrzcić licznych dorosłych oczekujących go w długich szeregach. W jednej z miejscowości przybrzeżnych, gdy statek musiał się zatrzymać, tamtejszy ksiądz proboszcz przyjął zakonnice na plebani. Co za ubóstwo! Stół, dwa nędzne krzesła, dzbanek, garnuszek. Obok materac na deskach. Oto wszystko. Obok był kościół. „Tam – mówi dziennik – rozkoszowałyśmy się obecnością Pana Jezusa. Pięć tygodni spędzonych z dala od  Niego dało nam żywo odczuć, że jedna godzina u Jego stóp więcej warta niż tysiące na świecie.”   

Rzeczywiście, od czasu ich wyjazdu ani Mszy św., ani spowiedzi, ani żadnych kościelnych uroczystości z okazji świąt św. Ignacego czy Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Nic, poza jedyną pociechą: postawą gotowości na przyjęcie woli Bożej; stałe „Ita Pater”. Ciężkim umartwieniem dla zakonnic było zachowanie współpodróżnych. Statek zapełniony był tłumem mężczyzn podpitych i niekulturalnych kobiet, których widok, rozmowy i sposób bycia trzeba było wciąż znosić.

            Wreszcie, po 40 dniach żeglugi, 22. sierpnia parowiec dobił do Saint Louis.

 

Rozdział II - W Saint Louis. Sierpień 1818 rok

 

            Francja jako pierwsza kolonizowała dolinę Missisipi. Po położeniu fundamentów pod Nowy Orlean w roku 1718 u ujścia rzeki, założyła u styku rzek Missouri i Missisipi osadę, którą nazwała Saint Louis. Od początku religia miała honorowe miejsce w tej małej kolonii. Pierwszym czynem fundatorów było poświęcenie Chrystusowi terenu przyszłego miasta przez zbudowanie ołtarza. Misjonarz odprawił na nim pierwszą Mszę św. pod namiotem. Tam także chrzcił. Po paru latach mały drewniany kościółek zastąpił namiot, a nic w małej niepozornej wiosce nie zapowiadało, że stanie tu kiedyś wielkie miasto. Jego ludność nie przekraczała 220 tysięcy. Wśród niej liczono 120 tysięcy Białych i 100 tysięcy Indian należących do pięćdziesięciu różnych szczepów. Ogół mieszkańców białych wyznawał katolicyzm, ale protestanci mieli duże wpływy i rywalizowali z katolikami. Żniwo mogło być duże, ale niestety brakowało robotników. Gdy Biskup Dubourg udał się do Francji szukać pomocników, było na tej rozległej przestrzeni tylko 40 księży. Do tej pory Nowy Orlean był siedzibą stolicy biskupiej, ale po powrocie z Francji Biskup osiedlił się w Saint Louis.

            Tam przybyła do niego Matka Duchesne. Przyjął ją z prawdziwie ojcowską życzliwością. Pierwszy rzut oka na otoczenie i warunki tej „rezydencji” biskupiej odkrył jej, co ją i jej towarzyszki czeka na tej nowej misyjnej placówce. Zamiast pałacu biskupiego – rodzaj stodoły, w której wiódł życie naprawdę godne pierwszych pustelników. Jedyny mały pokoik służył za sypialnię, refektarz, uczelnię dla niego i czterech czy pięciu księży, z których niektórzy byli chorzy. Kościół był drewnianym barakiem o podziurawionych ścianach. 26 sierpnia obchodzono święto patronalne i jakież było jej zdziwienie, gdy ujrzała biskupa stojącego z chórem przy organach i podtrzymującego śpiew przez całą godzinę.

            Znalazła więc w Ameryce Kościół z pierwszych czasów chrześcijaństwa z jego ubóstwem, ale też z jego ofiarnym bohaterstwem. Pisała do Matki Maillucheau: „Błogosławię Boga za to, że odkrywając tutaj nasuwające się na każdym kroku trudności, daje nam siłę przezwyciężania ich. Wie Matka, co mnie najwięcej podtrzymuje? Przykład świętych Pasterzy w tym kraju. Taki np. biskup Flagat w Bardstown mieszka w ruderze, do której świnie wchodzą przez dziury w ścianach. Obsługuje kilka parafii, oddaje wszystko, co ma, do ostatniej koszuli, jest tak ubogi, że nie posiada nawet paru groszy na opłacenie przejazdu przez rzekę. A zmienia oblicze Kentucky, gdzie 10 lat temu nie znano żadnej religii. Ale ponad wszystko imponuje nam przykład naszego pasterza, który staje się wszystkim dla wszystkich i pracuje bez przerwy wśród kłopotów i trudności.” Rzeczywiście biskup Dubourg, osobiście zupełnie ogołocony ze wszystkiego potrafił budować katedry, kościoły, szkoły, utrzymywać własnym kosztem przeszło 50 księży i seminarzystów.

            Biskup wyznaczył zakonnicom Sacré – Coeur placówkę w Saint Charles. Nie mógł ich zatrzymać przy sobie, bo w Saint Louis nie było nawet pokoju do wynajęcia. Daje im przy tym następujące wyjaśnienia: „Jest to małe miasteczko o parę mil stąd. Znajdziecie tam wszystkie udogodnienia: dom, ogród, sad itp. Potem rozejrzymy się za lepszym dla Was obiektem. Trzeba karczować zanim się zacznie uprawiać. I wy i my spędzimy całe życie na tej niewdzięcznej robocie. Nasi następcy będą zbierać plony na tym świecie – my się zadowolimy plonami w innym.”

Ponure perspektywy przyszłości otwierały się przed Matką Duchesne. Największym ciosem dla niej i jej córek było oddalenie o 10 mil od stolicy biskupiej i zupełne osamotnienie. Tak liczyły na pomoce duchowe płynące stamtąd! Matka nie robi sobie złudzeń, co do sytuacji i tak ją przedstawią Matce Barat: „Zamieszkamy w małym, wynajętym domku. Nie można w tej chwili nic pomyśleć w sprawie naszych domów. Biskup tłumaczy się swoim ciężkim położeniem: buduje teraz kościół na koszt mieszkańców, którzy są tym znacznie obciążeni. Mówi, byśmy umiłowały nasze ubóstwo i poniżenie, a owoce przyjdą w przyszłości. Idę naprzód z zamkniętymi oczami. Opatrzność otworzy nam drogę, jeśli zechce. Moje siostry są odważne i gorliwsze ode mnie. Widzą krzyż i obejmują go.”

Jako dowód nastawienia duchowego fundatorek warto przytoczyć fragment listu Matki Oktawy Bailly do Matki Generalnej: „Widzę codziennie wyraźniej, że Matka spełniła wolę Bożą pozwalając mi tu przyjechać. Będziemy miały szczęście i wtedy będziemy opływały w najczystszą radość.” A na temat utrzymywania jedności ze Zgromadzeniem, o co Matka Fundatorka się troska i niepokoi, odpowiada: „Dom w Saint Charles, oddalony od paryskiego o 2512 mil będzie z nim, ufam, zjednoczony zawsze umysłem i sercem. Wolałabym wrócić tam i odbyć tę podróż bez chleba i pieniędzy, niż byśmy miały coś zmienić w naszym sposobie myślenia odnośnie do Zgromadzenia i zboczyć z drogi, którą nam Matka wytyczyła.”

Tym boleśniejsza dla Matki Duchesne była ofiara z Saint Louis, że nie widziała możliwości powrotu tam. Nikt ich w tym mieście nie pragnął oprócz dzieci, które chętnie byłyby z nimi wszędzie pojechały. Ale ogólna atmosfera: cenienie i szukanie bogactwa nie sprzyjała ich pracy apostolskiej.

            Drugim węzłem łączącym Matkę Duchesne z Saint Louis było kierownictwo duchowe ks. Biskupa Dubourg. Jego surowa prostota odpowiadała jej prawej duszy i  bezkompromisowej w całkowitym oddaniu się sprawie Bożej. Ale trzeba było się zdecydować na ofiarę i 7. września Biskup, sam konno, odprowadził powóz unoszący fundatorki i pomógł im przeprawić się przez rzekę a poczciwi wieśniacy odmówili przyjęcia wynagrodzenia za noszenie im bagaży, mówiąc: „Księża i zakonnice są przedstawicielami Jezusa Chrystusa.”

 

Rozdział III - Saint Charles. 1818 – 1819.

 

            Saint Charles, gdzie osiedliła się mała kolonia Sacré – Coeur, było w tym czasie najważniejszą po Saint Louis i Sainte Geneviève osadą w Górnej Lousianie. Mieszkańcy nie przekraczali ilości 500. rodzin, obozujących w drewnianych szałasach na krańcu trasy parowca, naprzeciwko dzikiego szczepu Indian Sioux’ów.

            Dom wynajęty przez Biskupa wznosił się powyżej rzeki Missouri. Składał się z pięciu małych pokoi i jednego większego w środku mieszkania. Znaleziono jednak miejsce na kapliczkę, którą ozdobiono w miarę możliwości, najpiękniej. Raz, gdy Matka Duchesne była jeszcze w Grenoble, znalazła w którymś z tamtejszych kościołów wśród wymiecionych śmieci relikwię Świętego Franciszka Regis. Obiecała swemu ukochanemu patronowi, że kiedyś uczci go na misjach, prosząc, by ją tam zaprowadził. Umieściła Go teraz blisko tabernakulum jako trofeum zwycięstwa. W maleńkiej kapliczce królował obraz Najświętszego Serca Jezusa otoczony relikwiami, a posąg Matki Boskiej stał na podłodze. „Biskup bardzo był zadowolony – pisze Matka Duchesne – z atmosfery panującej wśród zapracowanych sióstr. Cenił zwłaszcza S. Eugenię i S. Oktawię. A nazywał nas wszystkie ziarnem gorczycznym, twierdząc, że wiele dobrego przygotowujemy na przyszłość.”

            8. września odprawił Mszę św. na prowizorycznym ołtarzu, a dwa dni potem wyjechał zostawiając nam Pana Jezusa w kapliczce. Poprzednio już przysłał Matce Przełożonej aprobatę Instytutu Sacré – Coeur na cały obszar podlegający jego jurysdykcji, wyrażając swą wdzięczność za ich przybycie oraz obietnicę propagowania Zgromadzenia w swej diecezji.

            Trzy tygodnie później otrzymała ona o wiele cenniejszy dokument Rzymu. O. Perreau często pytał dawnego Kardynała Litto, co Ojciec Święty myśli o projekcie misji Sacré – Coeur w Ameryce Północnej. Teraz otrzymał od niego odpowiedź, którą Matka Barat jak najprędzej przekazała Matce Duchesne.

            Ojciec Św. na wieść o tej wyprawie misyjnej powiedział: „Bardzo się z tego cieszę i proszę Boga, by pobłogosławił zakonnice Sacré – Coeur, które dla chwały Jego imienia wielkodusznie opuszczają swój kraj i rodzinę.” O. Perreau otrzymał też w tej sprawie drugi list Piusa VI. Tym razem za pośrednictwem kardynała Fontana, również przeznaczony dla Matki Duchesne. „Jego Świątobliwość życzy tym odważnym misjonarkom jak najlepszego powodzenia w dziele nawracania dusz
i przesyła swe najserdeczniejsze błogosławieństwo apostolskie nie tylko tym, które wyjechały, ale i tym, które kiedyś za nimi podążą.”

            Matka Filipina ceniła wielkie znaczenie tych dokumentów i odczuła teraz podwójną pociechę, że jej mała łódeczka płynie nierozdzielnie za łodzią Piotrową. Nazajutrz po otrzymaniu tego listu odśpiewano w małym domku entuzjastyczne Te Deum, a ksiądz odprawił dziękczynną Mszę Świętą.

            Po kilku miesiącach Matka zdała sobie sprawę, w jakim właściwie środowisku miała prowadzić swe apostolstwo. Ludność z Saint Charles, podobnie jak i całego kraju była bardzo mieszana. Składali się na nią Amerykanie ze Wschodu, Kreoli pochodzenia kanadyjskiego (francuskiego), Niemcy, Irlandczycy, wreszcie Metysi (mieszane rasy), Indianie i Murzyni. Myśliwi, traperzy, różni awanturnicy kierowali się ku nieznanym, nieuprawnym jeszcze obszarom, tworząc awangardę cywilizacji. Codziennie Matka patrzyła na te bandy wędrujące całymi rodzinami z bydłem i narzędziami do karczowania na podbój nowych terenów. Jej główną myślą było jednak przyspieszenie i zaprowadzenie Królestwa Bożego, bo przewidywała Jego rozwój wraz z rozwojem cywilizacji.

            Ale trzeba to było okupić ciężkimi walkami z zepsuciem tego ludu, którego niemoralność obyczajów była prawie powszechna, wprost odrażająca. Picie i zabawa – to były główne zajęcia wypełniające im niemal wszystkie dni roku. Odnowa obyczajów mogła się zacząć tylko przez wychowanie dzieci i młodzieży. Dlatego OO. Jezuici zakładali gdzie tylko mogli swoje zakłady i szkoły. Dlatego też i Sacré – Coeur w Saint Charles pospieszyło otworzyć internat i szkołę dla ubogich już w październiku.

            Dzieci przychodziły licznie. Ale co za ignorancja! I co za obyczaje tam wnosiły! Nie wiedzą, co to jest piekło, nie słyszały nigdy o Chrystusie. Otwierają usta ze zdziwienia, gdy im się opowiada o Jego narodzeniu i śmierci. Oprócz dwóch, nikt nie umie czytać i pisać. Za to interesują się ponad wszystko strojami i swoim wyglądem zewnętrznym. Są eksternistki, które mają więcej sukien niż koszul, a zwłaszcza chustek do nosa. A muszą być te suknie najróżniejszych kolorów i kroju i jak najbogaciej ozdobione.

            Matka Duchesne, w swojej gorącej miłości do ubogich, byłaby chciała przyjąć do tej szkółki także dzieci Murzynek i Mulatek, ale O. Perreau odradził jej to ze względów praktycznych: byłoby to sprowadziło upadek i konieczność zamknięcia szkoły. Drugim jej pragnieniem, a zawsze jeszcze niedościgłym, był kontakt apostolski z Indianami. Gdy widziała, jak z całymi rodzinami odziani w łachmany wędrowali mężczyźni z bronią, kobiety o zniekształconych tatuażem twarzach, a kołami w uszach i nosie, podwajała się w jej sercu gorliwość o zbawienie ich dusz. Jak wyglądała ich praca i warunki życia, to sobie można wyobrazić na podstawie faktów oraz korespondencji.

            Mała posiadłość w Saint Charles składała się z dwóch mórg ziemi zwanych szumnie ogrodem i sadem, ale tak zapuszczonej, że trudno było tamtędy przejść. Nie można było dostać robotników do jej przygotowania, więc zakonnice same zabrały się do roboty. Donosiła o tych zajęciach Matka Duchesne, pisząc: ”Kopiemy w ogrodzie, nosimy nawóz, prowadzimy krowy do wodopoju, czyścimy oborę, jedynie my w okolicy, bo tu bydło chodzi wszędzie, gdzie chce. Mnie to bardzo odpowiada, z przyjemnością spełniam ostatnie urzędy w domu dla dobra mego i innych. Mam naturę służącej. Czego innego potrzeba, by kierować duszami, ale Pan Bóg wszystko prowadzi.” Ale to był dopiero początek. Po trzech tygodniach Dziennik notuje: „Ogólnie panujący głód pozbawia nas chleba, nawet z kukurydzy. Jeszcze trudniej jest zdobyć wodę, bo nie mamy studni a źródło zadeptane nogami zwierząt lub zamarznięte też jej nie dostarczy. Wreszcie jakiś uczynny człowiek ofiarował się przynosić nam wody z Missouri przy pomocy kadzi na wózku, ale naturalnie musiała być jeszcze oczyszczana. Zima utrudnia sytuację już i tak niełatwą. Temperatura jest ogromnie nierówna: od upałów do mrozów północnej Norwegii. Od połowy grudnia cała rzeka zamarzła. Jest tak zimno, że woda zamarza obok ognia, a bielizna susząca się również. Drzwi i okna się nie domykają. Drzewo mamy w grubych pniakach a nie ma nikogo, kto mógłby go urąbać. Ludzie są tu zbyt dumni, by dawać pozory, że potrzebują zarobku. Stopniowo zaczęło wszystkiego brakować. Trzeba było się ograniczyć do małego zapasu ziemniaków, kukurydzy i ryby. Ani jaj, ani masła, ani tłuszczu, prócz niedźwiedziego, który ma smak obrzydliwy. Ceny wzrastały i towary stały się niedostępne. Przez jakiś czas wydawano specjalne banknoty na Południu, ale wkrótce skutkiem tego były straty. Zaczęły się szerzyć kradzieże i napady. Ze wszystkich stron słychać było o wypadkach zatruć, mordów i rozbojów. Czasem w nocy budził zakonnice jakiś gwałtowny szum jakby nawałnicy, a oczy uderzał blask nieba płonącego pożarem stepów. Gdyby nie chroniono nieustannie nędznych drewnianych zabudowań, cała wioska mogła pójść z dymem w ciągu kilku godzin.

            A jednak nic nie zdołało załamać męstwa nieugiętej duszy Matki Duchesne. Pisze w tym czasie do Matki Barat: „Jesteśmy jednak zadowolone z tej nędzy. Wielką pociechą w naszym stanie obecnym jest to, że takie życie pragnęłyśmy mieć. A tym bardziej odczuwamy codziennie namacalną opiekę Boskiej Opatrzności. Na każdym kroku jej doświadczamy.”

            Wiosna przyniosła pewną ulgę utrudzonym misjonarkom. Zdrowie matki Duchesne się wzmocniło, toteż nuta wdzięczności brzmi coraz częściej w jej listach. Zaszedł w tym czasie fakt, który ją utwierdził w przekonaniu o nieustannej opiece i obecności Bożego Serca wśród nich. W dzień Wielkiego Czwartku 1819 roku, gdy Najświętszy Sakrament spoczywał na patenie na ołtarzu maleńkiej kapliczki, nagle draperia zajęła się ogniem od świecy. W jednej chwili całe wnętrze kapliczki spłonęło i dom na pewno zamieniłby się w zgliszcza, gdyby gwałtowny deszcz spuszczony przez Opatrzność nie ugasił pożaru.

            Matka Duchesne była przekonana, że święte postacie niezawodnie spłonęły, gdy zbliżywszy się do ołtarza, zobaczyła na nim czarny kwadracik. „Podniosłam go – opowiada – i poznała palkę, która przykrywała patenę. Kielich został wypalony przez ogień - spadła z niego hostia razem z pateną i pozostała cała, biała i nietknięta pod zwęgloną palką. Wzięłam patenę z Panem Jezusem i włożyłam do tabernakulum. Spędziłyśmy noc na adoracji Najświętszego Sakramentu, dziękując Bogu za zostawienie nam najcenniejszych rzeczy: tabernakulum z Panem Jezusem, statuy Matki Boskiej i obrazu Serca Jezusowego.

            Wychowanie dzieci w szkółce nastręczało też wiele trudności z powodu zepsucia moralnego panującego tak wśród Białych, jak i w świecie niewolników. Prawdziwą pociechą była uroczystość I Komunii Św. Okazało się przy tej okazji do czego jednak zdolne są te dzieci, gdy się w nich rozbudzi życie religijne. Wielką w tym zasługę miała Matka Audé dzięki swemu nadprzyrodzonemu wpływowi na młodzież.

            Mimo wszystko jednak przyszłość rysowała się w czarnych kolorach. Na następny rok można było liczyć zaledwie na 6 – 8 internistek. Matka Barat ogromnie się tym trapiła. Nie możliwe było żyć dalej w takich warunkach. Nawet Matka Duchesne przyznawała, że sytuacja była nie do wytrzymania. „Trzeba było tu przeżyć zimę – napisała do Matki Fundatorki – żeby stwierdzić, że obecnie mogłybyśmy ledwie wegetować bez możliwości czynienia czegokolwiek dobrego, które gdzie indziej może nam być dostępne.”

            Zgodziła się więc na zwiedzenie placówki, którą Ksiądz Biskup im ofiarowywał w mieście Fleurissant, bardzo blisko od Saint Louis. Ale żal jej było opuszczać całkowicie Saint Charles, zwłaszcza, że Matka Audé tak była kochana w szkole. Wahała się! Dzieci tak jej żałowały, że były gotowe nawet za nią jechać. Ale tu Matka Barat wyraźnie się sprzeciwiła wszelkiemu podziałowi małej grupy.

            Wyjazd miał miejsce 3. września. Pierwsza jechała matka Audé z rzeczami. Dzieci odprowadziły zakonnice aż do rzeki i z płaczem je żegnały. Tak trudno im było się z nimi rozstać, że przewoźnik musiał użyć całego swego autorytetu, by przyspieszyć wyjazd, bo na drugim brzegu czekał już proboszcz i kilka osób z Fleurissant. Matka Duchesne opisuje dalsze etapy przeprowadzki. „Drugą grupę stanowiły Matka Bailly z dwoma pensjonarkami. Pochód miała zamknąć wieczorem sama Matka Duchesne w towarzystwie Siostry Małgorzaty z krowami i kurami. Ale zwierzęta tak się zbuntowały na to, że mają iść na uwięzi w upał, że trzeba było odłożyć pochód na rano następnego dnia o chłodzie świtu. Teraz krowy szły potulnie – kończy swe opowiadanie Matka – dzięki kapuście w wózku na przedzie, która przyciągała je swoim zapachem. Ja zaś dzieliłam moją uwagę i troskę między staranie o relikwie i o kury. Przebyłyśmy rzekę naprzeciw Fleurissant. Na drugim brzegu ustawiłyśmy rzędem, ja - krowy, Małgorzata – kury. Nakarmiliśmy je
z macierzyńską troskliwością. Zaraz też pokazał się na koniu ks. Delacroix. Pokazał nam dalszą drogę i harcując dokoła, zapędzał nasze krowy na właściwy szlak, ileż razy, uradowane ze swobody, zapędzały się w lasy.”

            „Kolebka” w Saint Charles istniała zaledwie rok. Biskup jednak stwierdził, że zakonnice zdołały przełamać uprzedzenia przeciw wychowaniu i wykształceniu dziewcząt. Trud nie był daremny. Wróci tam kiedyś Sacré Coeur, by zbierać owoce z takim trudem posianego ziarna.

 

Rozdział IV - We Fleurissant. Internat. Nowicjat. 1818 – 1821

 

Fleurissant to była mała, zwykła wioska o 5 mil od Saint Charles, a kilkanaście od Saint Louis. Rozciągała się w tej okolicy rozległa równina, pokryta łąkami, gdzie niegdyś koczował szczep indiański Sioux’ów.

Od początku XIX wieku Europejczycy zaczęli tu karczować teren, a od 1805 Fleurissant było uważane za spichlerz Saint Louis. Ziarno tamtejsze znane w całym Missouri, spławiano rzekami na rynki Dolnej Luisiany. Ale w roku 1820 nie zobaczyłoby się ani jednej chatki między Saint Louis a Fleurissant.

            Inżynier hiszpański, który nakreślił plan wioski dał jej nazwę Saint Ferdinand. Wybudował tam kościółek, przy którym kolonia trapistów, wygnanych przez rewolucję, znalazła schronienie aż do roku 1812. Proboszcz był właśnie jednym z nich i nazywano go dotąd księdzem Opatem. On to zajął się przygotowaniem skromnego pomieszczenia Sióstr, ale na razie musiały zamieszkać w fermie, którą Biskup kupił. Była ona bardzo osamotniona wśród gęstwiny wielkich dziewiczych lasów.

            Mieszkał tam ks. Delacroix, zajmujący się użytkowaniem terenu. Był on jednym z pierwszych, co zgłosili się we Francji, gdy Biskup Dubourg zbierał wolontariuszy na misje. Zakonnice zaraz zauważyły i oceniły jego poświęcenie. Zbudował sobie obok nas mały szałasik, otwarty na cztery wiatry, taki jak te, w których się suszy kukurydzę. Naturalnie zaziębił się i dostał uporczywej gorączki. Biskup kazał, by mu zbudowano zamknięty pokój, który po 8. dniach był już gotowy, a obok niego stanęła kapliczka, gdzie można było przechowywać Najświętszy Sakrament. „Byłyśmy już zainstalowane – napisała Matka Duchesne, – bo kto ma Jezusa, ma wszystko.”

            Zaczęło się więc życie ubogie na gospodarstwie wiejskim, jak w Saint Charles, krowy, uprawa ogrodu zajmowały czas. Ale radość nie opuszczała nigdy ofiarnych misjonarek. A u Matki Duchesne była to radość czysto nadprzyrodzona i oparta na zupełnym wyrzeczeniu się wszelkich ziemskich pociech. Bo, jak przyznaje się Matce Barat – nie znalazła jeszcze w tym kraju nikogo, komu by mogła otworzyć swą duszę i znaleźć kierownictwo duchowe. W innym liście pisze: „Pociechy duchowe są dla mnie niedostępne. Moje serce szuka oparcia, ale znajduje tylko Boga samego i zgodę na Jego wolę. Szukałam tu kogoś, komu bym mogła otworzyć się i zawierzyć. Myślałam o Biskupie Flaget z Bardstown, ale nie przyjechał, o Prowincjale Lazarystów – ale on jest wciąż chory. Muszę więc zostać sama z Bogiem.”

            Kilka internistek z domu St. Charles i niektóre nowe pensjonarki z Fleurissant zamieszkały przez 4 pierwsze miesiące w naszej małej fermie. Przy końcu grudnia 1819 roku proboszcz z Fleurissant doniósł Matce Filipinie, że „ZIEMIA ŚWIĘTA” jest gotowa i będzie jej dostępna przed Bożym Narodzeniem. Udała się więc tam 21. grudnia.

            „Dojeżdżając do wioski, usłyszałam dzwony na Mszę Św. – opowiada. Właśnie przypadało święto Św. Tomasza Apostoła. Radość mnie ogarnęła, że właśnie w tym dniu zaczynamy naszą fundację w tej miejscowości.” 23. i 24. nadeszły inne zakonnice, które Matka Przełożona, znając już drogę, przyprowadziła. Oto opis tej sławnej wigilii Bożego Narodzenia.

„Mróz był tak wielki, że trudno nam było się poruszać. Chciałam sama doprowadzić po dobremu do celu naszą ostatnią krowę. Ponieważ nigdy nie potrafiłam jej uwiązać, napełniłam mój fartuch kukurydzą w nadziei, że zapach jej przyciągnie krówkę za mną, ale ona wolała swobodę i odbiegała co krok w różne strony. Musiałyśmy gonić ją po wertepach brnąc po śniegu. Miałam w kieszeniach moje papiery i pieniądze, ale kieszenie się urwały i wszystko wpadło w śnieg razem z zegarkiem. Rękawiczki miałam tak zamarznięte, że nie mogłam palcem ruszyć. Dopiero Eugenia pomogła mi wszystko szczęśliwie znaleźć i pozbierać.”

            Przybyły na miejsce późno, bo zmyliły drogę. A była to wigilia Bożego Narodzenia. Miejsce przeznaczone na kaplicę uprzątnięto z drzewa, które było tam złożone na zapas, rozwieszono jako tło prześcieradło, na prędce wzniesiono ołtarz, a resztę wieczoru zajęło ozdobienie go oraz spowiedź. O północy Ojciec Delacroix odprawił Pasterkę dla całego domu. Wszyscy komunikowali. Robotnicy też, bo są to ludzie bardzo pobożni. Fleurissant sąsiadowało z fermą Ks. Biskupa, było więc kwaterą główną Luisiany i Missouri. Księża z olbrzymiej diecezji przyjeżdżali tu spędzić chwile wypoczynku po ciężkiej pracy misyjnej, nabrać nowego ducha na nowe trudy i walki. Matka Duchesne od razu zrozumiała, jaką tu miały rolę do spełnienia zakonnice Sacré – Coeur: przyjmować pomagać, służyć. Czyniły to też z radością, choć to wymagało nieraz ofiar pieniężnych, jak pisała do Matki Generalnej, dodając zaraz: „Pocieszyłam się jednak, bo ci biedni księża tylko tu we Fleurissant mogą znaleźć spokój i świeże powietrze i jaką taką gościnność. Cieszę się, że mogę choć trochę zrealizować to marzenie, o którym Matce mówiłam przed wyjazdem! Gdybym mogła tylko służyć księżom jako kucharka, byłabym uszczęśliwiona. Ubóstwo nam nie ciąży. Obejmujemy je całym sercem jako dar serca Jezusowego, ale co mnie boli to długi, których niestety nie można uniknąć.”

            Już od maja 1829r. internat liczył 21 uczennic. Trzeba zauważyć, że we Fleurissant korzystały one więcej z wychowania Sacré – Coeur i widać było ich poważną pracę nad sobą. Wśród nich było też kilka protestantek, ale Matka Duchesne bardzo roztropnie i ostrożnie postępowała, jeśli chodziło o przechodzenie na katolicyzm. Raz Matka Barat otrzymała od sześciu internistek list następujący: „Droga Matko, proszę się za nas modlić i ofiarować nas Sercu Jezusa, aby nas tu mocno trzymało, tak byśmy nigdy stąd nie wyszły.”

            Nikt się nie domyślał, jak dosłownie miało się urzeczywistnić to pragnienie dla dwóch pierwszych podpisanych: Matyldy i Eulalii Hamilton. Prócz założenia internatu, siostry marzyły jeszcze o tym, by powstał nowicjat. Matka Barat bardzo popierała ten projekt. Pisze do Matki Duchesne: „Jest konieczne, by pierwszy nasz dom miał warunki i możliwości do stania się domem macierzystym, samowystarczalnym.” Poleca tę intencję modlitwom Matki Maillucheau: „Niech się Matka modli, by Bóg zesłał nam powołania z tego kraju. Jeżeli oczekiwać ich będziemy z Francji, zawsze pozostaniemy nieliczne. Trzeba się liczyć z kosztami i niebezpieczeństwami podróży oraz trudnościami zaaklimatyzowania się.”

            Ale to wszystko było odległym jeszcze marzeniem. Biskup przewidywał też duże trudności z budzeniem powołań zakonnych, związane z charakterem amerykańskim, tak skłonnym do niepodległości i równości. Potrzeba będzie długiego czasu, zanim przezwycięży się opory tamtejszego społeczeństwa przeciw życiu zakonnemu. Zwłaszcza posłuszeństwo było czymś niezrozumiałym dla umysłowości amerykańskiej. Matka Generalna przepowiadała też swym córkom, że walka będzie ciężka i długa, ale w końcu przyniesie zwycięstwo. „Odwagi więc i ufności droga Filipino. Co siejecie we łzach, zbierać będziecie w radości.” Dodaje jeszcze: „Jeżeli Zgromadzenie zostało założone przez krzyż, wasz dom też musi w nim uczestniczyć jak i my, bo jesteście pierwszym domem w tym kraju i przewiduję dla was wiele kłopotów, ale Jezus będzie z Wami, nie wątpię w to, bo dla Niego cierpicie.”

            Na co Matka Duchesne odpowiadała, że nie należy się niczego lękać, że są pełne odwagi i ufają niezłomnie. Ledwo minęło parę tygodni – a zaczęły się sprawdzać te przewidywania i próby bolesne. Pierwszą padła ich ofiarą Matka Duchesne. Nawiedziła ją ciężka choroba: żółta febra. Groziła jej niechybna śmierć. Matka Audé relacjonuje te smutne chwile Matce Barat: „Serce mi się ściska na wspomnienie tych 8 dni śmiertelnego niebezpieczeństwa. Jedynym naszym ratunkiem było rzucić się w otchłanie Serca Jezusa, powtarzając wciąż w bólu: „Tak Ojcze.”

Napisałyśmy do ks. Biskupa i zaraz przyjechał przywożąc ze sobą  lekarza, który energicznie zabrał się do ratowania życia Matki. Podwoiłyśmy modlitwy a ks. Biskup odprawił Mszę św. ku czci Św. Franciszka Regis i okazał się dla nas tak bardzo dobry i ojcowski, że byłyśmy wzruszone. Pozostał z nami dwa dni, dzieląc naszą troskę i ból, i zapewniając, że będzie zawsze naszym najwierniejszym przyjacielem.”

Na szczęście po dwóch długich miesiącach choroby Przełożona z Feurissant powróciła do zdrowia. Ledwie jednak wstała, następna zakonnica, s. Oktawia Bailly położyła się. Złamała ona rękę, a prócz tego trawiona była wysoką i nie ustępującą gorączką. Chorowała obłożnie przez blisko 40 dni. Matka Audé, wyczerpana trudami też ledwie żyła i wzdychała do nieba, które jej się wydawało już bardzo bliskie.

            W tych to niewesołych okolicznościach podwójnie odczuły stratę Księdza de Anreis, Prowincjała OO. Lazarystów, który był dla nich przewodnikiem, ojcem i wzorem. Zmarł on niespodziewanie, napełniając żalem całe Saint Louis, gdzie piastował urząd Wikariusza Generalnego. Był to człowiek wybitnych zdolności i wielkiej świętości, ceniony tak przez katolików jak przez protestantów i Żydów. Ale wyraźną ofiarą, którą Bóg wybrał na uproszenie powołań do naszego Zgromadzenia była niewątpliwie Aloizja Jouve, siostrzenica Matki Filipiny, która dogorywała w naszym domu w Grenoble. Życie tej apostołki, która od młodości marzyła o misjach, kończyło się w cierpieniu i bohaterskim poddaniu się woli Bożej. Oddawała je świadomie Bogu jako ofiara za powołania misyjne na tych ziemiach, do których przez całe życie rwała się jej apostolska dusza.

            I Bóg ją wysłuchał. W chwili jej największych cierpień, Matka Duchesne, spostrzegła pierwsze oznaki Bożego wezwania u kilku internistek. Kogo innego wybrało sobie jednak Serce Jezusa na pierwszą nowicjuszkę amerykańską. Była
w parafii Fleurissant młoda 20-letnia dziewczyna, prostego pochodzenia, analfabetka, pełna miłości Bożej, odwagi i ofiarności. Oznajmiła ona Matce Filipinie, że pragnie wstąpić do Zgromadzenia Sacré – Coeur jako Siostra koadiutorka i została przyjęta. W liście do Matki Barat znajdujemy opis tych pierwszych obłóczyn w Ameryce: „22 listopada w święto św. Cecylii te z naszych uczennic, które mają ładne głosy śpiewały bardzo pięknie na Mszy św. Ołtarz był jeszcze ślicznie ustrojony z poprzedniego święta Ofiarowania się Matki Boskiej,
w którym odnawiałyśmy nasze śluby. Chciałyśmy bowiem, by pierwsze od początku świata obłóczyny zakonnicy Serca Jezusowego na ziemi amerykańskiej odbyły się jak najbardziej uroczyście.”

            Niedługo potem wstąpiło kilka innych młodych. Wśród nich specjalnie się odznaczały dwie siostry Hamilton, o których wyżej już była mowa. Pochodziły z bardzo zacnej i pobożnej rodziny, której dom był azylem gościnnym dla misjonarzy francuskich, uczących się tam języka angielskiego. Jako uczennice nasze we Fleurissant usłyszały tam wezwanie Boże. Starsza Eulalia przeszła prosto z internatu do nowicjatu.

            Druga, Matylda, miała bardziej skomplikowane przejścia. Po ukończeniu naszej szkoły rzuciła się w wir zabaw i światowego życia, gdzie miała wielkie powodzenie i łatwo mogła zapomnieć o swoich pierwotnych zamiarach. Właśnie wybierała się do Europy, gdy jej chrzestny ojciec – Ks. Dunand, przypomniał jej o nich i poprosił też rodziców, by nie sprzeciwiali się tak wyraźnemu powołaniu i powrotowi do Sacré Coeur. Właśnie nazajutrz miały się odbyć obłóczyny Eulalii. Zrobiły one na Matyldzie tak wielkie wrażenie i głos Bożego wezwania odezwał się tak wyraźnie, że postanowiła zaraz pozostać w klasztorze.

            Nowicjat okazał się dla niej ciężką próbą. Nie była to łatwa natura i wiele musiała stoczyć walk zanim przezwyciężyła swą miłość własną i przywiązanie do własnego zdania. Ogarniały ją też różnego rodzaju wewnętrzne pokusy: wątpliwości w wierze, załamanie nadziei, dochodzące do pokusy samobójstwa. Ale dzięki niezłomnej woli, odwadze i wytrwałości przy pomocy Bożej wyszła zwycięsko ze wszystkich trudności i według świadectwa Matki Duchesne wiele dobrego zrobiła dla Zgromadzenia w Ameryce.

            Wielka radość spotkała w tym czasie Matkę Filipinę i jej towarzyszki. Biskup Dubourg zadecydował, że nowobudujący się kościół we Fleurissant stanie pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa. Rzeczywiście 19. lutego 1821 r. sama podała w czasie ceremonii poświęcenia kamień węgielny księdzu Delacroix, który go umieścił w fundamentach nowej świątyni.

            Przypomniały się misjonarkom słowa Matki Barat przy ich wyjeździe do Ameryki: „Gdybyście w tym kraju jeden tylko ołtarz wzniosły ku czci Boskiego Serca wystarczyłoby to, byście zasłużyły na wieczne zbawienie”.

            Drugim patronem kościoła był Św. Franciszek Regis. Matka prosiła Biskupa, by obraz jego mógł być umieszczony w świątyni. „Nie posiadam żadnego jego obrazu odpowiedział Biskup – ale oczekuję paczki z Rzymu z różnymi przedmiotami kościelnymi. Może się znajdzie to, czego Matka pragnie – zaraz wam chętni dam”. I cóż się okazało? Pierwszą rzeczą, którą zobaczono przy otwarciu paczki to właśnie obraz Św. Franciszka Regis. Umieszczono go w kapliczce przeznaczonej dla małej rodziny zakonnej.

            Pokazuje się, że Sacré Coeur nie było już w Luisianie tak słabe jak namiot, który wiatr pustyni wywraca na piasek, ale zakorzeniło się jak drzewo, które może już puszczać latorośle.

 

Rozdział V - Fundacja Grand Coteau. 1821 – 1822.

 

           W początkach XIX wieku kobiety w Luisianie były tak prymitywne pod względem kultury, że konieczne było podniesienie poziomu wychowania dziewcząt. Dlatego Biskup Dubourg, będąc we Francji, prosił Matkę Barat, by zakładała jak najliczniejsze ośrodki szkolne Sacré Coeur w jego obszernej diecezji, obiecując, że szybkie podniesienie kultury kobiet będzie Bożą nagrodą za trudy wychowania.

            W czasie jego podróży wizytacyjnej po Luisianie zaproponowano mu założenie zakładu wychowawczego. Warunki wydawały się tak korzystne, że zaraz doniósł o tym Matce Duchesne.

            300 mil na południe od Saint Louis, około 60 mil od Nowego Orleanu, w krainie zwanej Opelousas jakaś bogata pani ofiarowywała Sacré Coeur teren już zabudowany. Mąż jej, pan Karol Smith, który w roku 1803 osiedlił się w Luisianie był gorliwym katolikiem, ona zaś zażartą anabaptystką. Z wielką radością doczekał się on jednak chwili, gdy przeszła na katolicyzm i odtąd z zapałem dzieliła jego działalność społeczną i religijną.

            Po dojściu do wielkiego majątku Pan Smith kupił ogromną posiadłość zwaną Grand Coteau, dokąd sprowadził swoich dwóch braci., dając każdemu budynek mieszkalny. Prawdziwi dobroczyńcy dla całej okolicy, małżonkowie wybudowali najpierw kościół. Potem, rozumiejąc potrzeby wychowania młodzieży, postanowili założyć dwa zakłady dla chłopców i dla dziewczynek. Ale śmierć Pana Smith nie pozwoliła mu wykonać swych zamiarów. Żonie jego jednak bardzo chodziło o przeprowadzenie planów męża. Przedstawiła więc swój projekt Biskupowi Dubourg: sprowadzić tu zakonnice uczące, które założyłyby tu zakład wychowawczy, gdzie mogłaby i ona, jako dobrodziejka i fundatorka, spędzić resztę życia.

            Ziemia, dom, wszystkie urządzenia, podróż, wszystko miało być przez nią zapłacone. Był to dar bez zastrzeżeń. Wzruszony i wdzięczny Biskup przyjął go zaraz i skierował panią Smith do Zakonnic Sacré Coeur, obiecując zgodę Przełożonej Generalnej i Matki Duchesne. Matka Generalna po namyśle, modlitwie i poradzeniu się ludzi kompetentnych uznała ten projekt za wolę Bożą. Matka Filipina, zawsze zapominająca o sobie, zaproponowała jej na przewodnika tej wyprawy M. Eugenię Audé. „Co do mnie – dodała – umieści mnie Matka gdzie zechce. Wszelakie pragnienia we mnie wygasły prócz tego, by pełnić wolę Boga. Ostatecznie moje choroby utwierdziły mnie jeszcze w tym nastawieniu”.

            Matka Audé została więc mianowana przełożoną, a Matka Barat napisała do niej: „Bądź pełna odwagi i ufności. Serce Jezusa Cię podtrzyma. Matka Duchesne miałaby urząd prowincjalnej, gdyby taki u nas istniał. Radź się jej więc we wszystkich potrzebach nagłych, a do mnie udawaj się tylko w sprawach najtrudniejszych i najważniejszych”.

            Zdecydowano z Biskupem Dubourg, że fundatorka domu w Grand Coteau wyruszy z Siostrą Layton, jedyną swą towarzyszką, aż do przyjazdu Sióstr z Francji. Mimo swego ubóstwa Matka Filipina dała Matce Audé na najpotrzebniejsze rzeczy 100 piastrów, czyli ok. 500 franków. Biskup ze swej strony ogołocił się ze wszystkiego, czym mógł rozporządzać. „Byłby nam najchętniej dał cały swój dom” – stwierdza w liście Matka Duchesne. Dodaje – „Nie zapomniano też włożyć do walizki naszego najdroższego skarbu: Konstytucji Zgromadzenia”.

            5. sierpnia 1822r. nastąpiło krótkie pożegnanie, przy którym obie strony dzielnie tłumiły łzy. „Nikt nie utracił tyle, co ja przez ten wyjazd – pisała Matka Duchesne – Matka Eugenia była naprawdę moją prawą ręką”. Podróż odbyła się spokojnie aż do Plaquemin, gdzie zaczął się szereg przygód, które Matka Audé malowniczo opisuje: przybycie o 10 wieczór, w topieli błota, noc w okropnej oberży, przeprawa przez odnogę wodną prowadzącą do Macapas, jazda konno pełna wzruszeń i strachu dla obu Sióstr, które nigdy w życiu tego sportu nie uprawiały, prymitywna, choć bardzo serdeczna gościna u starego proboszcza, dawnego benedyktyna, którego styl życia przypominał warunki bytu Ojców pustyni, itd...

            Po trzech tygodniach podróży dotarły nareszcie do pani Smith, która je przyjęła u siebie. Matce Audé pilno było jednak stanąć w domu nam przeznaczonym i zacząć regularne życie. Przeniosły się więc tam jak najprędzej, choć nic nie było jeszcze przygotowane i pierwszą noc musiały spędzić na podłodze przykryte prześcieradłami. Grand Coteau – to nazwa płaskowyżu ciągnącego się aż do Zatoki Meksykańskiej. Część tych ziem była już skolonizowana. Uprawiano tam bawełnę i trzcinę cukrową. 230 mórg należało do Pani Smith. Domostwa zamieszkane na tych terenach składały się z domu właściciela, młynów zbożowych i cukrowych chałupek Murzynów. Jedyny proboszcz obsługiwał ok. 20 tysięcy parafian z czterech okolicznych osiedli. I właśnie z nich miały się rekrutować przyszłe uczennice naszej zakładanej fundacji.

            Dom, który Pani Smith kazała wznieść dla zakonnic był drewniany, solidnie zbudowany. Obok znajdowały się budynki gospodarskie i sad. Kuchnia, infirmeria, refektarz mieściły się w osobnych budyneczkach jednopiętrowych. Pustka i samotność zupełna panowała tu dookoła. Nawet wilki z sąsiedniego lasu odważyły się je odwiedzić kilka razy.

            Ale, gdy przyszły chwile zainstalowania się na dobre, ujawniły się nowe trudności. I to poważne. Chodziło o pewne nieporozumienie z panią Smith. Okazało się, że nasza dobrodziejka liczyła na to, że oddając Zgromadzeniu tę posiadłość, będzie mogła dzielić w pełni życie Sióstr, ale bez poddawania się ich regule, klauzurze, itd. Matka Audé i Matka Duchesne nie mogły przyjąć takiego układu. Ale jak wytłumaczyć to poczciwej ofiarodawczyni? Były nawet gotowe zrezygnować z fundacji, byleby nie odejść od założeń i reguły Zgromadzenia.

            Przytoczony fragment listu Matki Audé pokazuje, w jaki sposób niebezpieczeństwo zostało zażegnane. „Powiedziałam na osobności pani Smith: «Jest drogiej pani wiadomo, że osiem internistek zamówiło już miejsce w naszym domu na 1. października. Byłabym pani wdzięczna za powiadomienie ich, że początek roku szkolnego nie będzie mógł nastąpić w tym terminie i nie wiadomo nawet, kiedy to będzie możliwe.» «Jak to? – zapytała zdumiona i mocno zaniepokojona – Czy nie chcecie prowadzić dalej swojego dzieła?» Podeszłam do niej z całą serdecznością i starałam się jej wytłumaczyć: «Widzi pani, muszę pani powiedzieć, że jej plany nie zgadzają się z naszymi świętymi Regułami, a tylko wierność naszemu zakonnemu prawu, wierność z miłości, zapewni nam błogosławieństwo w pracy». Była bardzo podniecona. «No, zobaczymy!» - powiedziała. Po południu przyprowadziła dwóch księży mających poprzeć jej sprawę. Ale i oni nic nie wskórali. Zaczęły się pertraktacje, które trwały kilka miesięcy. Wreszcie po zrobieniu kilku rozsądnych ustępstw z naszej strony, pani Smith zrzekła się swych wymagań. I tak, Bogu dzięki, wyszłyśmy cało z impasu.”

            Zabrano się zaraz do prac instalacyjnych. Matka Audé brała w nich osobisty udział i nie cofała się przed żadną pracą. Nie brakło przy tym niebezpiecznych niespodzianek. Raz malowała zewnętrzne mury domu i niebacznie wsunęła rękę w jakiś otwór. Natrafiła na coś gładkiego, zimnego, poruszającego się. Zdołała szybko wyciągnąć rękę, gdy wyskoczył z dziury z ostrym gwizdem olbrzymi wąż. Pracujący obok Murzyn zabił go, a w jego wnętrznościach znaleziono kilkanaście kurcząt, których daremnie szukała i opłakiwała Siostra Maria.

            Wilgotny klimat odbił się też fatalnie na zdrowiu Sióstr. Przełożona, która wszystkie chore wszędzie zastępowała, zapadła sama poważnie na zdrowiu do tego stopnia, że pewna była, iż ostatnia jej chwila się zbliża. Poprosiła więc O. Brassac, by jej przyniósł Komunię Świętą.

            Wspomina potem swe przeżycia z tej pamiętnej chwili: „Gdy uczułam Św. Hostię w ustach, doznałam wielkiego wstrząsu i powiedziałam Panu Jezusowi: «Gdybyś chciał, mógłbyś mnie uzdrowić, ale Cię o to nie proszę. Jestem w Twoich rękach i chcę w nich pozostać.» Zdawało mi się, że Pan Jezus pyta się mnie: «Czy wierzysz, że Serce Moje może uzdrowić Twoje?». «Wierzę, że nawet Imię Twoje, wymówione z wiarą może uleczyć wszelkie niedomagania.»”

            Od tej chwili gorączka mnie opuściła. Nazajutrz byłam tak samo silna jak przed chorobą. Płakałam z radości. I to nie tyle z tego, że odzyskałam zdrowie, ale dlatego, że stało się to bez zażywania środków ziemskich, tylko przez samego Jezusa.

Zaczęła się więc działalność apostolska na tej nowej placówce. Zbudowano domek dla eksternistek. Internistek było już pięć. Dzieci te urodzone i wychowane na tych placówkach nie znały zupełnie obyczajów europejskich np., gdy raz zobaczyły podczas wizytacji pasterskiej biskupa we fioletach, rzuciły się do ucieczki z krzykiem: Hiszpan, Hiszpan!...

            Pod względem religijnym wiadomości ich były zerowe. Gdy się mówiło o piekle potrafiły się zapytać: „Czy Matka je widziała?” Inna dziewczynka, siostrzenica pani Smith, była pewna, że jej ciotka oddaje cześć bożkom srebrnym i złotym.

            Nie podobna było się jednak tam utrzymać bez pomocy Europy. Na szczęście powołania misyjne zaczynały się tam mnożyć. Matka Barat przysłała więc na nową fundację dwie nowe zakonnice: M. Lucile Mathevon z Grenoble i S. Murphy, Irlandkę, obecnie rezydującą w Paryżu. Matka Duchesne ogromnie ucieszyła się z tej pomocy, tym bardziej, że wyobraziła sobie, że Matka Mathevon zastąpi ją na stanowisku przełożonej. Ale Matka Fundatorka szybko rozproszyła te złudzenia. Pisze do niej: „Jak mogłaś myśleć, że Matka Mathoven będzie przełożoną na Twoim miejscu? Nic podobnego. Jesteś tam, gdzie Bóg Cię umieścił i odpowiedzialna nie tylko za twój dom, ale i za dom Matki Audé. To jest konieczne.”

            Matka Audé, która była jeszcze nowicjuszką, pojechała do Grand Coteau, gdzie złożyła śluby na ręce biskupa Dubourg. Tam też zaczęły się rozwijać powołania i odbyła się ceremonia obłóczyn dwóch postulantek.

 

Rozdział VI - Podróż Matki Duchesne do Grand Coteau. Powrót.

 

            Wyjeżdżając do Grand Coteau w celu obejrzenia nowej fundacji, Matka Duchesne nie domyślała się, jakie ją czekały przygody. Wzięła ze sobą dwie młode zakonnice z nowicjatu we Fleurissant i jedną z tamtejszych internistek, która bardzo przywiązana do Matki Audé pragnęła ją odwiedzić.

            Droga w stronę Opelusas odbyła się względnie szczęśliwie, ale nie bez niepokojących incydentów. Żegluga nie była łatwa z powodu obniżenia wody w dopływach Missisipi. Prawie niemożliwe było posuwać się po tym grząskim błocie. Gdzie indziej znów lasy ciągnące się kilometrami pogrążone były w wodzie aż po ciemne korony drzew połączonych ze sobą gęstym listowiem lian. Ponury ten widok nie podnosił na duchu. A cóż dopiero tydzień spędzony w okropnej oberży w Plaquemine, gdzie czekano na naprawę statku. Im dalej tym trudniej było się posuwać, tym większy gąszcz na brzegach!

            „Wieczór zapadał – opowiada Matka Duchesne – na osiem osób miałyśmy tylko kawałek chleba. Powiedziałam do prowadzącego wyprawę: «Zdaje mi się, że zeszliśmy z właściwej drogi». Odpowiedział mi: «To niemożliwe». Ale jego niepewna mina potwierdziła moje przypuszczenia, że zagubiłyśmy się. W tej chwili usłyszałyśmy jakieś krzyki. «Oto nas nawołują na brzegu, gdzie nas oczekują» - powiedział uradowany. Ale zwróciłam mu uwagę, że pochodzą z wprost przeciwnej strony. Równocześnie zobaczyłyśmy dużą łódź pełną Indian i Murzynów prawie nagich, o dzikim wyglądzie, wrzeszczących i gwiżdżących, jakby wybierali się na jakąś walkę pewni z góry zwycięstwa. Blady strach padł na naszych ludzi. Wymęczeni i wyczerpani nie byliby w stanie stawić im oporu. Powiedziałam moim trzem wystraszonym towarzyszkom, że nie mamy nic innego do roboty jak polecać się Bogu i Matce Najświętszej.

            Łódź Indian dosięgła nasz statek i patrzyli na nas zaskoczeni zdumionym wzrokiem. Zainteresowali się specjalnie szeregiem stojących butelek z wodą do picia. Pewno myśleli, że to wódka, na którą Indianie są tacy łasi. Zauważyłam, że nie mieli nic do jedzenia. Ale nie zaczepili nas wcale, a właśnie w chwili, gdy polecałyśmy już nasze dusze Bogu, zauważyłyśmy na brzegu rzeki oczekujący na nas pojazd zaprzężony w cztery woły. A Indianie tymczasem spokojnie sobie popłynęli dalej. Okazało się potem, że nie byli to żadni ludożercy, tylko poczciwi ludzie, którzy krzykami i gestami chcieli naszemu przewodnikowi wskazać właściwą drogę, bo rzeczywiście ją zgubił.

            Przenocowałyśmy w zajeździe, gdzie przed kilkoma dniami okradziono wszystkich podróżnych, ale nam się nic nie stało, bardzo nam było dobrze. O drugiej w nocy wyruszyłyśmy już do naszego domu Sacré Coeur, gdzie stanęłyśmy nareszcie 7. sierpnia. Radość obustronna była nie do opisania.”

            Mimo wakacji kilka uczennic zostało w Grand Coteau i jedna z nich w imieniu internatu przywitała uroczyście Matkę Wizytatorkę. Była to późniejsza Matka Hardey, asystentka Generalna, która tyle zasług położyła w rozszerzaniu się Zgromadzenia na ziemi amerykańskiej. Matka Duchesne okazała się ogromnie zadowolona ze stanu fundacji w Grand Coteau, a zwłaszcza z bogatych owoców apostolskich, które już przynosiła. Przytacza ich przykłady: „Taka na przykład 16-letnia dziewczyna, która nigdy nie słyszała o Bogu, klęła jak diabeł, paliła jak mężczyzna, została ochrzczona, przystąpiła do spowiedzi i Komunii Św. a teraz codziennie odprawia rozmyślanie. Inna przyjechała do nas jako zupełna analfabetka, teraz czyta, pisze po francusku i po angielsku.”

            Misjonarze potwierdzają też te świadectwa mówiąc o wielkim wpływie kulturalnym i moralnym wywieranym przez zakonnice na tamtejszą młodzież. Po trzech miesiącach pobytu Matka Duchesne ruszyła w powrotną drogę do Fleurissant w towarzystwie internistki Teresy Pratt. Powrót ten był nie tylko urozmaicony różnymi przygodami, ale też najeżony groźnymi niebezpieczeństwami. „Wyjechałyśmy – opowiada Matka Filipina – wózkiem zaprzężonym w dwa konie, z których jeden, należący do Matki Audé, przypominał z wyglądu konia z Apokalipsy, a przy tym co chwila się zatrzymywał i nie chciał potem ruszyć z miejsca. Wreszcie oba konie zapadły się w bagno i nie mogłyśmy ich stamtąd wyciągnąć. Murzyn zastąpił więc oba konie i ciągnął opróżniony wózek. Przez wielkie bagna przewiozły nas woły, potem przez rzekę statek a wreszcie powozem dojechałyśmy do zajazdu w Plaquemine.”

            Stamtąd musiały znowu jechać do Nowego Orleanu, by trafić na statek idący do Saint Louis. W Nowym Orleanie przyjęły Matkę, znowu bardzo serdecznie, siostry Urszulanki. Niestety, zaledwie przyjechała, zachorowała obłożnie. Lekarz zalecił konieczną i natychmiastową zmianę klimatu, jeżeli chce uniknąć grasującej
w delcie Missisipi żółtej febry.

            Właśnie nadawała się dobra okazja do opuszczenia Nowego Orleanu, bo wyruszał zaraz statek. Choć z najwyższą odrazą, jakby przeczuwała, co ją czeka, wsiadła ze swą towarzyszką na ten okręt „Hecla”. Ale dopiero tu okazało się wyraźnie i bez wątpliwości, że jej choroba, to właśnie straszliwa żółta febra. Zresztą grasowała ona już na statku. Drugiego dnia zmarły na nią trzy osoby: komendant, jego pomocnik i jeden pasażer. Tegoż dnia pewnego młodego człowieka, przybyłego z Francji, gdzie już w szpitalu chorował, chwyciły takie gwałtowne boleści, że wysadzono go na ląd i pozostawiono u wejścia do wioski, gdzie wkrótce zmarł. „Na szczęście znalazł się tam ksiądz” – pisze Matka Duchesne, oburzona takim traktowaniem człowieka. Cierpiała niewymownie patrząc jak „ludzie tu umierają jak zwierzęta bez ratunku i pomocy ludzkiej i nawet bez tego współczucia, które tak osładza cierpienie. A tu, na statku, rozbrzmiewają wesołe śpiewy obok ciał nieboszczyków.”

            Wtedy to przezwyciężając bohatersko własny ból zaimprowizowała się pielęgniarką. Opowiada w liście: „Na statku zmarł człowiek, którego kilka razy odwiedzałam w jego chorobie. Ufam, że Bóg będzie dla niego miłosierny. Nie wyznawał nawet żadnej religii. Nie był ochrzczony.” I nic więcej nie dodaje.
A dalsze informacje mamy od Matki Lucile Mathevon: „Dobroć Pana Jezusa zrządziła tę podróż dla zbawienia duszy, którą modlitwy i miłość Matki doprowadziły do nieba. Widząc człowieka chorego na żółtą febrę, nie obawiała się chodzić do niego, mówić mu o Bogu i w końcu ochrzciła go.”

            Jednakże gorączka coraz silniejsza trawiła Matkę, nie mogła już jej więcej ukrywać, siły ją opuszczały. Wreszcie zarząd statku zdecydował, że trzeba ją z niego usunąć. Wysadzono ją więc wraz z towarzyszką na brzeg rzeki naprzeciwko miasteczka Natchez i pozostawiono je na piasku.

            Z wielkim trudem przywlokła się do bramy miasta, ale tu usłyszała ostry zakaz wejścia. „Wstęp do miasta wzbroniony jest każdemu, co przychodzi ze statku, z obawy przed zarazą.” Straszne to musiały być chwile. Dalsze swe opisuje Matka potem w liście. „Leżałam więc na ziemi i czekałyśmy aż jakiś miłosierny przechodzień znajdzie nam gdzieś przytułek. Wreszcie zjawił się poczciwy człowiek, który 3 tygodnie temu stracił żonę, przygarnął nas i zaprosił mnie do łóżka nieboszczki, którego prześcieradła nie były jeszcze usunięte. Miałam właśnie w tej chwili atak febry, ale starałam się trzymać prosto, aby ukryć mój ból. Tak przez cztery dni kryłam się, lecząc się sama. Bóg widać mi w tym błogosławił, bo udało mi się to częściowo i od tego czasu ataki febry stały się rzadsze.

            Dusza panowała nad ciałem, ale sama cierpiała coraz więcej, pozbawiona Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Powiedział kiedyś św. Franciszek Ksawery: „Największym cierpieniem misjonarza jest to, że w niektórych okolicznościach nie można odprawiać Mszy św. Jest się pozbawionym Chleba Niebieskiego, który jest jedynym wzmocnieniem serca ludzkiego i pociechą w utrapieniach ziemskiego życia.”

            To jest jedyne cierpienie, na które Matka Duchesne skarży się w listach. Pierwszą jej czynnością było więc dać znać proboszczowi z Natchez, którego znała z ostatniej swej bytności tutaj, o swoim stanie. Przejęty bardzo tą wiadomością kazał ją i pannę Prett przenieść do innego domu, też poza miastem i po drugiej stronie rzeki. Jego mieszkańcy, gorliwi katolicy, zajęli się swymi gośćmi, a zwłaszcza chorą, bardzo serdecznie.

            Ksiądz miał tam przyjść w następną sobotę wyspowiadać Matkę, ale wśród innych przeszkód okazało się, że ubogi misjonarz nie miał pieniędzy na przeprawę przez Missisipi. Matka Duchesne chciała przynajmniej być za wszelką cenę na Mszy św., ale na to trzeba było wejść do miasta, czemu władze nieubłaganie się sprzeciwiały.

            Siły jej temperamentu przy pomocy łaski Bożej zwyciężyły jednak wszystkie biedy i trudności. Po upływie kilku tygodni mogła wyruszyć dalej w drogę na statku „Cincinati”. Przejeżdżając przez ujście Chio zobaczyła zniszczony, porzucony, nie nadający się już do użytku statek, który pilnowało trzech marynarzy. Poznała w nim ową „Heclę”, która ją wiozła z Nowego Orleanu. Jeden z tych strażników pokazał Matce małą wysepkę, gdzie pochowano 13 osób zmarłych na statku na żółtą febrę. Jakże dziękowała Bogu za tę opatrznościową opiekę i uratowanie od podobnego losu!

            I znowu nastąpiła przerwa w podróży, bo statek o 100 mil od Sain Louis osiadł na mieliźnie. Stęskniona za Bogiem, którego od 60 dni nie mogła Matka przyjąć do serca, postanowiła wyzyskać ten czas na odprawienie rekolekcji. Donosi o tym Matce Barat: „Odprawiam rekolekcje na statku. Wszyscy tu mówią po angielsku, a ci, którzy rozumieją trochę język francuski, nie umieją nim mówić. Jestem więc sama z Bogiem, który mi wystarcza, bo mam tylko Biblię i moją książeczkę do Officjum.”

            Tak spędziła 14 dni, po czym przyjęła kilkakrotne zaproszenie rodziny Key, która jej ofiarowywała swój dom na chwilowe miejsce pobytu. Po pięciu dniach, dzięki wezbraniu wód na Missisipi, mógł już statek puścić się w dalszą drogę.

            28 listopada 1822 roku obie podróżniczki zjawiły się w Saint Louis i zaraz udały się do Fleurissant, gdzie je tak dawno i tęsknie oczekiwano. Zdając sprawę Matce Fundatorce ze swych ostatnich przeżyć podaje jej także liczbę tych najcięższych ofiar w dziedzinie nadprzyrodzonej; musiała zrezygnować ze 125. Mszy św., 80. komunii i wszystkich błogosławieństw Najświętszego Sakramentu w ciągu czterech miesięcy. Ale jest pełna nadziei, że ten siew cierpienia nie pójdzie na marne i że w okolicach, które objechała, powstaną nowe nasze Zakłady.

            Opis podróży Matki Filipiny czytano nie tylko z zainteresowaniem i zapartym tchem we Francji, ale przede wszystkim ze wzruszeniem i podziwem dla Jej bohaterskich cnót. O. Varin nie wiedział czy ma jej współczuć czy też zazdrościć. Na konferencji w Domu Macierzystym w Paryżu, rozważając jej trudy i cierpienia wysnuwa następujący wniosek: „Widzicie więc, że Pan Bóg przygotowuje nam często największe łaski w chwili, gdy nam się zdaje, że wszystko stracone. Matka Duchesne w tej strasznej sytuacji zaufała Opatrzności i nie doznała zawodu. Rzućmy się więc z ufnością w otchłanie Serca Jezusa i nie troszczmy się o nic, bo Ono samo się nami zaopiekuje.”

 

Rozdział VII - Życie we Florissant. 1823 – 1825.

 

            Ks. Perreau pisał kiedyś do Matki Duchesne: „Zamiarem Bożym dla Matki jest, by uświęcała ziemię, którą zamieszkuje przez swe cierpienia, braki, krzyże wszelkiego rodzaju, tak, by ją przygotować do przyniesienia bogatego owocu.” Sprawdziło się to w jej życiu w całej pełni. Sama od początku miała poczucie, że taka jest jej droga. Dużo na ten temat mówią jej własne słowa: „Mam w głębi duszy jakiś lęk, by nie szkodzić dziełu Bożemu wszędzie, gdzie jestem. A to z powodu słowa, które usłyszałam dawniej: «Jesteś przeznaczona do podobania się mnie nie przez powodzenie, ale raczej przez znoszenie przeciwności.» Nie wiem czy to złudzenie, czy bujna wyobraźnia, ale zawsze miałam to poczucie w duszy. Dlatego obawiałam się przedsięwziąć cokolwiek, by przeze mnie dzieło się nie udało.”

            Po powrocie do Fleurissant Matka zastała zupełnie inną sytuację w mieście i w internacie, niż była przed wyjazdem. Zwłaszcza jeżeli chodzi o stan duchowy i moralny uczennic. Chwilowy zapał do spraw religijnych minął i nasze wychowanki, po ukończeniu nauki oddawały się bez reszty zabawom, wszelkiego rodzaju przyjemnościom i po prostu nic nie robiły a przez to gasiły nabyte w Sacré -Coeur początki głębszego życia religijnego. Drugim powodem zmartwienia było to, że biskup Dubourg opuścił Saint Louis i przeniósł się do Dolnej Louisiany wraz z częścią swych księży między innymi z ks. Delacroix. Był on naszym kapelanem i niezmordowanym apostołem całej okolicy.

            Ksiądz Biskup miał też wiele do cierpienia: był narażony na ostre krytyki swych przeciwników z powodu długów, które zaciągnął przy budowie kościołów. Natomiast nie doceniano jego dobrodziejstw dla miasta, które mu tyle zawdzięczało. „Burza przeszła – donosi Matka Duchesne – ale skutki jej zostały. Duch bezbożnictwa i światowości zwyciężył nad gorliwością religijną, która, niestety krótko trwała.

            Wszystko to spowodowało zmniejszenie się internatu. W marcu 1823 roku liczył on tylko 18 uczennic i to bardzo mało płacących. Naturalnie odbiło się to mocno na stanie domu i spowodowało nasilenie ubóstwa, o czym donoszą Matce Generalnej zakonnice: „Jesteśmy bardzo szczęśliwe, że możemy być ubogie w dziedzinie pożywienia, ubrania, mieszkania itd.” Istniał sposób uniknięcia tego skrajnego ubóstwa: po prostu wydalić nie płacące uczennice, ale Matka Duchesne stanowczo się temu sprzeciwiła. – „Nie! – orzekła – bo niektóre z tych dzieci straciłyby wiarę. Wolimy je zatrzymać i ograniczyć nasze potrzeby we wszystkim. «Fiat» na głód jak i na chorobę.”

            Zrobiła więcej jeszcze: przyjęła za darmo sześć sierot dzieląc się z nimi tym, co jeszcze pozostawało tj. mieszkanie, chleb z kukurydzy, kartofle z ogrodu. Ale widać nie dosyć tego było. Inne, boleśniejsze cierpienie było im pisane. Dawne nasze uczennice, zamiast okazać wdzięczność swym wychowawczyniom, obmawiały je rozsiewając po mieście nieprawdopodobne plotki. „Tyle złego powiedziano o nas – donosiła Matka Filipina – że chyba brakuje tylko tego oszczerstwa, że trujemy nasze dzieci.” Naturalnie uważa, że ona sama jest przyczyną tego braku powodzenia w dziele wychowawczym. Prosi więc Matkę Generalną usilnie o zwolnienie jej ze stanowiska Przełożonej, bo zupełnie wyraźnie przeszkadza działaniu Bożemu. „Ja wszystko psuję – pisze do Matki Generalnej – Najlepiej Matka zrobi, gdy mnie zwolni z urzędu. Nie jako przywilej, ale jako karę. Tęskno mi do tej chwili, gdy odejdę z tego świata. Nie znaczy to, bym nie miała lęku o moją ostatnią chwilę, ale widzę, że nie jestem zdolna do prowadzenia dzieła Zgromadzenia w tym kraju. Martwię się tym, że dusze na tym cierpią, a jednak nie widzę kresu tego, chwili, gdy nareszcie będę na właściwym dla mnie miejscu. Błagam, by Matka rozważyła przed Bogiem potrzeby swej rodziny zakonnej, która Jej jest tym droższa im bardziej jest poniżona i cierpiąca.”

            Matka Barat ze zwykłą swą pokorą odpowiada jej: „Jak możesz, droga Filipino, mieć nadzieję, że będziesz zwolniona z ciężaru przełożeństwa? Inna osoba może by była bardziej cnotliwa. Z pewnością. Ale czy nie mogłabyś przez gorliwość o zbawienie dusz nabyć tego, czego Ci brakuje? Niestety, nie ja powinnam Ci to mówić, bo bardziej mi tego potrzeba niż Tobie – a jednak muszę pozostać na moim stanowisku i dźwigać mój ciężar, który rośnie z dniem każdym! Ufajmy więc Sercu Jezusa. Ono podtrzyma naszą słabość i naprawi nasze błędy a nawet obróci je na nasze dobro.”

            Miała słuszność nasza Święta Matka. Jeżeli zamierał internat, to na to, by w inne strony kierował się wysiłek i ofiara, tam gdzie miały powstać wielkie rzeczy. Dziwnym było też zjawisko, że w miarę wzrastania zawodów i cierpień nowicjat we Fleurissant rósł i rozwijał się. Drzewo rosło w głąb wzmacniając się od korzeni, równocześnie z traceniem gałęzi. Matka Duchesne doniosła Matce Barat, że w tym czasie odbyły się obłóczyny kilku gorliwych i obiecujących postulantek. Przy tym ubóstwo święciło triumfy, bo trudno było nabyć odpowiednie materiały do habitów i różne resztki służyły do sporządzenia nowej odzieży zakonnej np. ze starej sutanny zostawionej przez Ojca jezuitę zrobiono habit, a lekka biała sukienka pensjonarki posłużyła jako materiał do welonu.

            To rzeczywiste ubóstwo nadawało nowicjatowi piętno surowości i solidności ofiary. Podkreśla to Matka Duchesne zdając sprawę Matce Barat z nowicjatu: „Jest to w naszym życiu wielki plus: nowicjuszki ćwiczą się w życiu twardym, surowym i dobrowolnie umartwionym. Muszę przyznać, że mam współczucie dla tych, co żyją w warunkach beztroskich i wygodnych. Tu trzeba być w każdej chwili gotową na wszystko. Jedne wyprowadzają krowy nie z obory, ale z grzęzawiska, z błota, pod deszczem i śniegiem. Inne z trudem palą w piecu nieustannie zadymionym. Ciągle trzeba przechodzić przez podwórze tonąc w błocie, którego się nie da osuszyć, co się odbija na stanie i wyglądzie pomieszczeń domu. Ale miłość wszystko to chętnie znosi.”

            Młode zakonnice: nowicjuszki i aspirantki, rywalizujące w pracach i ofiarach ze starszymi, napisały do Matki Generalnej, wyrażając Jej nadmiar swego szczęścia, oraz swe pragnienie, by być ofiarami oddanymi Sercu Jezusa na wszystko, czego zażąda. Matka przysłała im swoje błogosławieństwo ze słowami: „Będziecie pierwszymi kamieniami przeznaczonymi do fundamentów domów Zgromadzenia w tym olbrzymim kraju. Pan Jezus wam pobłogosławi i pomnoży waszą liczbę. Dzięki waszym staraniom i trudom powstaną nasze nowe zakłady.”

            Zapowiedź ta miała się spełnić. Następny rok przyniósł tak w Zgromadzeniu jak i w nowicjacie dawno upragnione a niespodziewane dobrodziejstwo kierownictwa duchowego w pierwotnym duchu Zgromadzenia. Matka Duchesne od swego przyjazdu na misje nie przestawała marzyć o tym, by OO. Jezuici byli kierownikami naszych zakonnic. Pan Bóg jednak trochę inaczej tymi sprawami pokierował. Ani Ojciec Barat ani O. Varin, pomimo swych gorących pragnień nie dojechali nigdy do naszych fundacji amerykańskich. Za to w tym właśnie czasie jedenastu ojców i braci Towarzystwa Jezusowego, Flamandczyków wygnanych ze swego kraju szukało azylu w Ameryce. Dowiedział się o tym za swej bytności w Europie Biskup Dubourg i zaraz pojechał do ich domu w Georgtown zaproszając ich do swojej diecezji.

            Osiedlili się więc w tej fermie biskupiej sąsiadującej z Fleurissant, gdzie niedawno przebywało Sacré Coeur. Ciężkie były te początki: karczowanie lasu, uprawa roli przy pomocy tylko trzech Murzynów, brak pieniędzy, ubrania i żywności mocno dawały się we znaki misjonarzom. I tu Matka Duchesne okazała się prawdziwie opatrznościową pomocą. Z jakąż radością dostarczała im wszystkiego, co mogła zaoszczędzić lub zdobyć kosztem własnych ofiar. A trzeba dodać, że ta, która ratowała innych sama była w beznadziejnej prawie sytuacji finansowej. Liczba płacących uczennic spadła do jedenastu. W roku 1824. szalejący huragan poważnie uszkodził budynki, wylała rzeka i Fleurissant stało się niedostępną prawie wyspą. Prócz tego bawełna uległa zniszczeniu a kukurydza zamarzła.

            Zakonnice musiały same sporządzać potrzebne przedmioty: świece, mydło, nawet obuwie. Matka Barat podziwiała tę hojność i ofiarność swych dalekich misjonarek: „W jakiej nędzy żyją ci dobrzy Ojcowie! Ratujecie ich, a przecież same jesteście takie ubogie! Tak minęły lata 1824 i 1825. W końcu cały internat zredukował się do czterech dziewczynek. W inną stronę miało się teraz skierować apostolstwo Zgromadzenia w Ameryce. Za przykładem OO. Jezuitów, którym pomagała, patrząc z pewną zazdrością na ich misyjną działalność, Matka Duchesne marzyła o kontakcie z Indianami, którzy zaludniali rozległe przestrzenie poza terenami zamieszkanymi przez chrześcijan: katolików i protestantów.

            Zdarzały się już od czasu do czasu przypadki spotkania z tubylcami, poganami potrzebującymi naszej pomocy. I tak pewnego dnia cała rodzina Irokezów przechodziła koło naszego domku udając się do Fleurissant w celu przyniesienia swych dzieci do chrztu św. Kiedy indziej ojciec rodziny przywiózł zawinięte w bawolich skórach zwłoki swych kilkorga dzieci, by je pochowano w poświęconej ziemi. Matka Duchesne sama trzymała do chrztu małą Indiankę. Ks. Biskup pisał w tym czasie: „zanim nasi nowicjusze jezuiccy otrzymają święcenia kapłańskie i rozjadą się na misje, przyjmie się we Fleurissant sześcioro dzieci indiańskich z różnych szczepów, by zapoznać młodych misjonarzy z ich obyczajami i językiem.”

            Matka Duchesne naturalnie stała się ich opiekunką. Zajęła się ich dożywianiem, utrzymywaniem ich odzieży w czystości i porządku, co nie było łatwe ze względu na przyzwyczajenie Indian do brudu. Nie odczuwali oni żadnej potrzeby zmiany w tym względzie. Ale to był tylko wstęp do naszej właściwej działalności. M. Filipina poprosiła Matkę Fundatorkę o pozwolenie otwarcia szkoły dla Indianek. „Pożywienie mało kosztuje – tłumaczyła jej – lokal mamy, a na odzież zrobimy składkę. Czasem mi się wydaje, że Bóg kasuje nasze internaty, by powoli doprowadzić do istnienia nowe dzieło: wychowanie i wykształcenie tubylczych dziewcząt.”

            W jaki sposób ono się rozpoczęło, to relacjonuje Matka Mathevon: „Pewnego wieczora, w czasie officjum Ojciec Rektor przyszedł do nas i poprosił o przełożoną. Jakież było jej zdumienie, gdy zobaczyła dwie małe Indianki, które zastraszone kryły się pod płaszczem Ojca. Z rozmowy wynikło, że pragnie nam je zostawić na dobre. Naturalnie Matka Przełożona zgodziła się z radością. Mamy więc teraz klasę indiańską.” Matka Duchesne triumfuje. Nareszcie otwiera się internat indiański. Zajmuje się nim Siostra O’Connor, która dopiero co złożyła pierwsze śluby. Dziewczynki bardzo ją lubią, nazywają „Mamusią”, skaczą koło niej, towarzyszą jej wszędzie: do krów, do kur, do ogrodu, bo te dzieci nie mogą znieść spokojnego i nieruchomego życia. Zdarzało się, że nauczycielka musiała szukać swych ruchliwych uczennic i znajdowała je na drzewach, po których wdrapywały się i skakały jak wiewiórki. Milsza była ta swoboda niż ślęczenie nad książką. A więc dzieło Indian i szkoła dla ubogich, oraz kilka nowicjuszek walczących z nędzą – to był jedyny owoc prac Zgromadzenia w Missouri, po ośmiu latach pobytu, wypełnionych niesłychanymi trudami i cierpieniami.

 

Rozdział VIII - Fundacja w Saint Michel. Rok 1826.

 

            Podczas swego pobytu w Nowym Orleanie i od czasu swej choroby na żółtą febrę Matka Duchesne pragnęła założyć dom Sacré Coeur w mieście. Był to wyraz jej wdzięczności i potrzeba jej apostolskiego ducha, a równocześnie pragnienie Biskupa Dubourg. Ale, jak zawsze roztropna Matka Fundatorka opierała się temu projektowi, bo uważała go za przedwczesny i nie do zrealizowania w owym czasie. „Błagam, liczcie się z waszymi siłami – pisała – Przez jakieś 3 do 4 lat nie macie co liczyć na naszą pomoc. Jestem więc zdecydowana odmówić mego zezwolenia na te fundację w Nowym Orleanie. Postaraj się wytłumaczyć to twemu czcigodnemu księdzu Biskupowi.” Jak zawsze kierowana duchem Bożym i posłuszeństwem doniosła o tym też Matka Duchesne dawnemu kapelanowi z Nowego Orleanu, który teraz był proboszczem w Dolnej Louisianie w miasteczku Saint Michel niedaleko Nowego Orleanu i bardzo pragnął mieć w parafii zakonnice Sacré Coeur, wyrażające żal, że to się nie da zrobić w tej chwili.

            Tymczasem właśnie, gdy upływał termin tej zwłoki, Matka Filipina poważnie znów zapadła na zdrowiu. Matka Aude doniosła o tym Matce Generalnej: „Nasza Matka tak fatalnie wygląda, że serce się kraje patrząc na nią. Siły jej słabną z dnia na dzień. Niech Matka, co tak blisko jest Serca Bożego, uprosi od Niego, by nam ją zachował dla utwierdzenia tu jej powstającego dzieła.” Ona sama tak się źle czuła, że spodziewała się rychłej śmierci. Ale i tym razem modlitwy wyprosiły polepszenie sytuacji i po jakimś czasie Matka Duchesne sama mogła napisać do Matki Barat: „To prawda, że od kilku miesięcy zdrowie moje bardzo szwankowało, tak, że sama siebie nie mogłam poznać. Ale w dzień Świętego Franciszka Regis, choć o nic nie prosiłam i niczego nie pragnęłam, wróciłam nagle do normalnego stanu. Pozostaje mi tylko jedno do zrobienia: lepiej niż dotąd korzystać z czasu, a Matce pozostanie przysłanie odpowiedniej osoby do kierowania Zgromadzeniem w Ameryce.”

            Matka Barat odpowiedziała: „Błagam, droga moja córko, byś uważała na swoje zdrowie. Ileż byś mi strapień przysporzyła, gdybyś zachorowała. Nie mam nikogo, któryby Cię zastąpił, trzeba byś przynajmniej do tej chwili żyła, aż znajdę kogoś takiego.”

            Ale Matka Duchesne nie pragnie ulgi ani wypoczynku i szczerze wyznaje Matce, jakie są jej wewnętrzne pragnienia. „Chciałabym żyć jedynie dlatego, by w jeszcze większych trudach spędzić pozostałe mi lata. Czuję, że odpoczynek nie jest dla mnie na ziemi. Trzeba, aby ciało cierpiało, a serce było udręczone. Jeśli będę mogła w najmniejszej mierze służyć dziełu Serca Jezusa, zgadzam się na to, by się zestarzeć bez powodzenia, bez wdzięczności – tylko na chwałę Najświętszego Serca Jezusa.”

            Matka też proponuje na przełożoną nowej fundacji Saint Michel Matkę Aude, jako najodpowiedniejszą na to stanowisko ze względu na swe zdolności, wysoką wartość moralną i głębokiego ducha Zgromadzenia. Miała też dar obcowania z ludźmi, a zwłaszcza z młodzieżą, która ją bardzo kochała i ulegała jej nadprzyrodzonemu wpływowi. Matka Barat zgodziła się na tę propozycję, ale pod warunkiem bezapelacyjnym, że Matka Duchesne zachowa odpowiedzialność najwyższą za wszystkie trzy domy w Louisianie.

            Matka Aude wyruszyła 28 listopada na swoją nową placówkę, z dziewięcioma Siostrami, wśród których była także 16 – letnia nowicjuszka, Alicja Hardey, znana nam już wychowanka z Grand Coteau. Przybyły w wigilię Wszystkich Świętych i nazajutrz uczestniczyły w nabożeństwie parafialnym w sanktuarium wśród tłumu przypatrującego im się z wielkim zainteresowaniem. Śpiewały też Mszę Św. po łacinie, co tak wzruszyło ludzi, że połowa ich płakała. „Ale – pisze Matka Aude do Matki Generalnej – im serdeczniej nas przyjmowano, tym bardziej pragnęłam ukryć się w sercu Jezusa. Nie już dla mnie spokoju nigdzie indziej, tylko tam.”

            Saint Michel leżało na lewym brzegu Missisipi, w odległości 20 mil od Nowego Orleanu. Ludność składała się w znacznej większości z emigrantów kanadyjskich pochodzenia francuskiego, którzy po traktacie w 1754 roku odstępującym część Kanady Anglii, opuścili Ojczyznę. Było ich wówczas przeszło 20 tysięcy.

            Parafia Saint Michel liczyła 4 tysiące dusz. Byli to Francuzi lub Kreoli, bardzo przywiązani do swego rodzinnego kraju i wierni religii katolickiej. Od powrotu Matki Duchesne do Nowego Orleanu wiara się bardzo rozszerzyła i pogłębiła wśród ludów różnych ras. Jeden z misjonarzy zaświadcza: „Gdy Amerykanie odkryją prawdę, idą za nią i nic ich nie może powstrzymać. Gdy się ma szczęście nawrócić kogoś, można być pewnym, że nawrócenie to będzie solidne. Nie są oni bardzo wykształceni religijnie, ale nic nie jest w stanie zmusić ich do przekroczenia przykazań Bożych. Zgromadzenie zastało tu więc teren dobrze przygotowany. Ze składki na miejscu zebrano 7 tysięcy piastrów i zbudowano w pobliżu kościoła dom mieszkalny i budynki gospodarskie. Zakonnice zamieszkały tam na parę dni przed Bożym Narodzeniem. Matka Aude donosiła Matce Barat: „Nie mamy tu jeszcze żadnych mebli. Prawdziwe ogołocenie żłóbka, co nas zachwyca.” Na przykład będąc w dużej odległości od miasta nie mogły się zaopatrzyć w najprostsze naczynia gospodarskie jak talerze i półmiski. Gromadziły się więc dookoła wspólnego kotła na posiłki i wprost z niego czerpały. Raz zjawił się niespodziewanie wędrowny handlarz, u którego kupiły 6 talerzy, ale ponieważ nie miały czym zapłacić, poprosiły o kredyt obiecując uiścić dług nazajutrz. Ale następnego dnia przed końcem posiłku nadszedł ów handlarz upominając się o pieniądze lub zwrot towaru. Musiały wybrać to, co ostatnie, zaśmiewając się przy tym ze swojej przygody. Ksiądz Dussaussoy, siostrzeniec Matki Barat, bawiący w Ameryce, poświęcił kamień węgielny internatu, a Biskup Dubourg kaplicy. Matka Aude cieszyła się niewymownie. Zwierza się Matce Barat: „Nie myślę, by był dziś ktoś na świecie szczęśliwszy ode mnie. Dziś bowiem po raz pierwszy została odprawiona w naszej kaplicy Msza Św. Pan Jezus jest z nami. Czy Matka sobie wyobraża naszą radość?” Po jakimś czasie donosi: „Mamy już w internacie 17 dziewczynek. Dom jest zupełnie ukończony. Dzieci są dobre i łatwe. Mimo naszego początkowego ubóstwa, trzymamy się zdrowo. Nie ma większych kłopotów materialnych i dzięki Matki modlitwom odczuwamy wyraźną opiekę Opatrzności nad nami.”

            W tym czasie ważna dla Zgromadzenia sprawa toczyła się w Rzymie. Chodziło o zatwierdzenie Konstytucji i Reguł naszego Instytutu. Zapowiedź tego kanonicznego zatwierdzenia przyszła do Ameryki pod koniec 1826 roku. Przyniosła ona też wielką osobistą pociechę Matce Duchesne. Matka Bigeu, która w Rzymie zajmowała się pośredniczeniem w tej sprawie napisała do niej: „Dzieło, które prowadzicie w Ameryce niemało się przyczyniło do uzyskania tej aprobaty. Kardynałowie i sam Ojciec Święty okazali się bardzo wzruszeni i pocieszeni tym, że Serce Jezusa natchnęło taką odwagą kobiety.”

Już poprzednio Ojciec Święty polecił Zakonnicom amerykańskim bawiącym w Rzymie, przekazać Matce Duchesne następujące słowa: „Powiedzcie im zwłaszcza, by pilnie pracowały nad propagowaniem kultu Serca Jezusa w Nowym świecie.”

 

Rozdział IX - Fundacja w Saint Louis.

 

            Za swojej bytności we Francji w roku 1828 proboszcz z Saint Louis nalegał bardzo na Matkę Generalną, by zezwoliła na założenie domu Sacré Coeur w jego parafii. Saint Louis nie było już tą małą mieściną, którą znała matka Duchesne ze swego przyjazdu do Ameryki w roku 1818. W szybkim tempie się rozwijało i zapotrzebowanie na szkoły katolickie rosło z roku na rok. Biskup Dubourg pisał już z Paryża w tym sensie do Matki Filipiny, obiecując, że dopomoże jej w tym dziele, proponował teren budowy oraz zobowiązał się wziąć na siebie pierwsze koszta. Ale to naturalnie nie wystarczało. Na szczęście znalazł się bogaty i hojny przyjaciel Zgromadzenia, urzędnik magistratu miasta, który ofiarował nam jeden ze swych licznych domów, leżący w dogodnym położeniu. Postawił za warunek, że Zakład będzie stale utrzymywał 20 sierot, za które częściowo będzie płacił. Mógłby też być w tym samym domu internat i szkoła dla dochodzących.

            Mimo pewnych trudności związanych z tymi warunkami, Matka Duchesne zgodziła się i wytłumaczyła Matce Fundatorce, dlaczego nie mogła odmówić. „Czy mogłam się nie zgodzić? Czy mogłyśmy pozostawać we wiosce odseparowanej od świata przez 6 stóp wody, która często zalewa naszą klauzurę, wywraca nasz most, zalewa nasz ogród, który od dwóch lat nam nic nie przynosi...?” Matka Barat dała swe pozwolenie, bo jak pisze: „Dzieło opieki nad sierotami jest tak ważne! Czy miałybyśmy je innym zostawić? To jest wprawdzie duży ciężar, ale Pan Bóg pomoże.” Obie Matki dobrze się rozumiały.

            Dom nasz, który obecnie znajduje się w centrum miasta, był w owym czasie zupełnie osamotniony wśród lasów. Tereny te były siedliskiem dzikich zwierząt, Indian i różnego rodzaju łazęgów. Nic dziwnego, że nie cieszyły się dobrą opinią. Opowiadano, że dom jest nawiedzany przez duchy, że dziwne tam w nocy słychać hałasy, co odstraszało lokatorów. Ale Matka Filipina nie była człowiekiem o lękliwym sercu: postanowiła odkryć i przepłoszyć sprawców tego niepokoju. I rzeczywiście mniemane ”duchy” okazały się zgrają dzikich kotów, które wieczorami schodziły z drzew obrawszy sobie strych domu za miejsce swych harców i hałasów. Gdy się je wygnało, można już było sprowadzić i zainstalować sieroty.

            Mieszkańcy Saint Louis, którzy nie zapomnieli jeszcze Matki Duchesne i jej wielkiego serca pospieszyli jej z pomocą. Znalazły się meble, bo dotychczas była tylko goła podłoga. Ks. proboszcz przysłał krowę i zapewnił produkty ze swego ogrodu. Matka Duchesne mieszkała tu na stałe, zostawiając na czele domu we Fleurissant Matkę Mathevon. Na otwarcie małego internatu trzeba było jeszcze poczekać, aż Matka Generalna dośle pomoc w postaci kilku zakonnic z Francji. Przywiozły one też fundatorkom kilka słów zachęty i hasło, którym miały się kierować w walce z trudnościami. Było to zawołanie: „Ofiarności i ufności!”. Dalej pisze: „Jakżebym chciała, byście doszły do tego wysokiego stopnia cnoty, którego oczekuje od swych oblubienic Serce Jezusa, a zwłaszcza od tych, którym powierzono misję szerzenia kultu tego Boskiego Serca wśród ludów, które Go nie znają.

            Nasze szczęście wzrośnie w niebie proporcjonalnie do wielkoduszności, z jaką ofiarujemy Jego Boskiemu Majestatowi więcej aktów cnoty.” Ojciec Varin zapewniał je też o swej pamięci w modlitwie: „Codziennie przedstawiam tę biedną Louisianę Sercu Jezusa przy Mszy Św. prosząc, by zakonnice Sacré Coeur przyczyniły się do jej zdobycia dla Jego królestwa.”

            Ale były też na owej fundacji bardzo duże cierpienia i braki, przede wszystkim w dziedzinie życia duchowego zakonnic; nie miały bowiem możliwości kontaktowania się z Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie, jak tego pragnęły i potrzebowały ich dusze. W dzienniku Domu czytamy taką uwagę: „Nie możemy przechowywać Najświętszego Sakramentu, bo nie mamy puszki.” Kaplica mieściła się w dawnej kuchni. Był to rodzaj piwnicy wilgotnej, gdzie skakały ogromne ropuchy i pełzały węże. Na domiar nieszczęścia O. Rektor z Fleurissant, który je od czasu do czasu odwiedzał, oznajmił im, że nie będą mogły na niego, ani na żadnego innego księdza liczyć z chwilą, gdy się oni będą przygotowywać się do ślubów wieczystych. Skarży się na te ciężkie warunki Matka Duchesne swej Matce Generalnej: „Gorzkie łzy nad tym wylałam, bo tu trzeba żyć nieustannie wyrzeczeniem: nie miałyśmy ani Święta Bożego Ciała ani Serca Jezusa. Często cztery razy w tygodniu jesteśmy pozbawione komunii św.”

            Na szczęście w jakiś czas potem nadeszła pomoc z Francji, co pozwoliło Matce Filipinie zbudować dom murowany, w którym honorowe miejsce zajęła kaplica. Ta była już regularniej obsłużona. Eksternat rósł. Powiększał się też internat. Matka cieszyła się zwłaszcza możliwością katechizowania dzieci, których liczba przekraczała 60. Prócz tego, co niedziela po nabożeństwie dokształcano Mulatki (ojciec biały, matka murzynka, lub odwrotnie).

            Teraz już w całej dolinie Missisipi można było napotkać domy Sacré Coeur i według swych pierwotnych planów Matka Duchesne mogła stwierdzić, że w czterech domach Louisiany utwierdza się, w ubóstwie w prawdzie, ale mocno, Królestwo Serca Jezusowego. Począwszy od Fleurissant szkoły indiańskie były nadzieją i radością przełożonej. Matka Lucile Mathevon tak z tego zdaje sprawę: „Nie mam większej radości jak przebywać z moimi Indiankami albo katechizować małych chłopczyków, którzy witają mnie klaskaniem w ręce.”

            Cała wioska rzeczywiście odczuła skutki tego dobrego wpływu. Rodzice się nawracali. W 1820 roku 15 tysięcy osób zostało ochrzczonych, a liczba rozdanych Komunii Św. potroiła się w całej okolicy. Grand Coteau ślicznie się rozwijało pod rządami Matki Murphy. Szlachetna ofiarodawczyni, pani Smith nie ustawała w trosce i poświęceniu dla swego ukochanego dzieła.

            W Południowej Louisianie świeża fundacja w Saint Michel pod opieką Matki Aude dostarczała już nowych powołań. Mgr Rosati pisał o tym z podziwem po odwiedzeniu tego domu jako o czymś niebywałym w tej okolicy. Ale powodzenie to, jak zawsze, było owocem krzyża. Właśnie w tym czasie bowiem dotknął Matkę Filipinę bolesny cios. Biskup Dubourg, który tyle zrobił dla rozwijającego się Kościoła w Nowym Świecie opuścił Amerykę i przeniósł się do Francji, gdzie objął stolicę biskupią w Montauban, a potem w Besancon.

            Stało się to z powodu wielkich przykrości wewnętrznych i zewnętrznych, których ten wielki i tak oddany sprawie Bożej misjonarz doznał od tych, dla których poświęcał się bez miary. Nie zawahano się przed oszczerstwami, a nawet świętokradzką kradzieżą. Matka Duchesne pozostała zawsze wierna i wdzięczna temu oddanemu przyjacielowi i opiekunowi, ale odczuła boleśnie tę stratę. Pozostawał jej tylko Bóg. Stwierdza w liście do Matki Barat: „Nie mamy już dziś innego przyjaciela jak tylko Jezusa. Wszelka inna podpora zawodzi lub oddala się od nas.” A o sobie dodaje: „Jestem bardzo samotna na świecie i myślę, że Bóg pozwoli, bym taka została do śmierci. Mimo mego przywiązania do tego kraju, gdzie teraz we wszystkich stronach rozwija się nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusa, które nas wszystkich łączy w jedną rodzinę, chciałabym przekroczyć przestrzeń dzielącą mnie od Matki i znaleźć się przy Niej, gdzie tak często jestem w duchu. Jakżebym potrzebowała otworzyć Matce całą duszę, by znaleźć wzmocnienie! Gdy wspominam szczęśliwe dni spędzone „na Górze” w Grenoble, jakże żałuję, że ich należycie nie wyzyskałam!”

            Matka Barat ją podtrzymywała na duchu. Odkrywała przed nią głęboką wartość twardej i samotnej drogi, którą sama szła. „Tak – droga Filipino – razem mieszkałyśmy na Taborze, ale to trwało krótko. Potem przyszła Kalwaria. Zakonnica Serca Jezusa ma tam żyć i umierać. Koniec zbliża się wielkimi krokami. Starzejemy się i śmierć wkrótce przyjdzie nas złączyć w przyszłym życiu. Mówisz mi o swej samotności. Mam nadzieję, że Pan Jezus ją osładza. Z Nim i w Nim tylko nie ma już samotności. Muszę Ci się przyznać, że gdy się żyło długie lata z ludźmi, człowiek się mniej do nich przywiązuje. Choć jestem otoczona tyloma dowodami przywiązania, żyję jednak w tym osamotnieniu. Tylko z Tobą dzielę się tym wyznaniem. Mało ludzi by je zrozumiało, a jednak to jest dobro najwyższe: Bóg sam!”

 

Rozdział X - Fundacja w Bayon – La – Fourche. Powrót do Saint Charles. Zebranie rady w Saint Michel. Rok 1828 – 1829.

 

            Od kilku lat istniało w miasteczku Bayon – la – Fourche Zgromadzenie Zakonnic nauczających, które ks. Nerncks sprowadził tu o dwie mile od Nowego Orleanu. Nazywały się „Miłośniczkami Maryi u stóp krzyża.” Zgodnie z tą nazwą prowadziły życie bardzo umartwione, surowe, uczyły ubogich, pracowały ciężko i miały zamiar prowadzić szkołę dla Indian, a przynajmniej katechizować indiańskie dziewczęta ze szczepu Osagów. W la Fourche prowadziły szkółkę, która w tym roku 1827 liczyła tylko 9 uczennic. Ten brak przypisywano temu, że nie miały nauczycielek władających językiem francuskim, który był powszechnie używany w kraju.

            Wobec tego ks. Biskup Rosati poprosił, by Sacré Coeur objęło kierownictwo tak nad Zgromadzeniem jak i internatem i przyjęło zakonnice do swego grona. Równocześnie Bp. Dubourg zwrócił się z tą samą prośbą do Matki Barat. Znał on tak dobrze Matkę Duchesne i na tej znajomości opiera się w swoim liście do Matki Generalnej pisząc: „Kieruje nią specjalnie Duch Św. dla dobra Louisiany. A ponieważ od kilku lat marzy ona o utworzeniu wspólnoty Sióstr do kształcenia ubogich dziewcząt wiejskich, wydaje mi się, że nadeszła właśnie chwila realizacji tego pragnienia. Opatrzność zgromadziła pewną liczbę świątobliwych kobiet, dostarczyła im posiadłość i dom. A teraz zwraca się do Sacré Coeur, byście nimi pokierowały i wpoiły im waszego Ducha Serca Bożego. Zaklinam Matkę, by tę sprawę przemyślała przed Panem Jezusem.” Matka Barat się zawahała. Czy nie byłoby roztropniej pozostać przy postanowieniu fundowania nowych domów wyłącznie w dużych miastach?...

            Przy tym la Fourche leżało tak blisko Saint Michel. Czy nie będzie niebezpieczeństwa konkurencji?... Biskupi jednak wciąż nalegali. Zgodziła się więc, ale postawiła swój wyraźny warunek: dom będzie prowadzony bardzo skromnie, jako drugorzędny, programy szkolne nie przekroczą podstawowego nauczania. W ten sposób i pod takimi warunkami dokonano złączenia dwóch Zgromadzeń i otwarto nową fundację.

            Drugim przedsięwzięciem Matki Duchesne było ponowne wzięcie w posiadanie domu w Saint Charles. Północne Missouri i prowincje okoliczne stale były przyczyną troski jej apostolskiego serca. „Biedna Ameryka! – pisze Matka w roku 1825 – Serca się kraje jak się pomyśli, że od nas do Kanady i na Zachodzie aż do Oceanu Spokojnego nie ma ani jednego kościoła, ani jednego księdza!” A jednak 26 tysięcy osób przybyło ze Wschodu w jednym tylko stanie Missouri. I są zakłady francuskie i irlandzkie prawie u źródeł Missisipi i Missouri, które nigdy nic nie słyszą o religii.

            Wzruszeni tą niedolą OO. Jezuici zainstalowali się w Saint Charles jako na placówce wysuniętej ku szczepom indiańskim i ku emigrantom przybyłym z Europy i ze Wschodu. Wybudowali tam kościół według własnych planów i własnymi rękami. Ale ich apostolstwo mogło się utrzymać tylko pod warunkiem, że powstaną na miejscu zakłady wychowawcze i szkoły dla dzieci. Dlatego dopominali się nieustannie o powrót naszego Zgromadzenia do Saint Charles. Matka Filipina donosi i tym Matce Fundatorce: „Ojciec Superior jedzie do Indian, Osagów, ale przed wyjazdem chce nam dać nasz pierwotny dom, który kupił dla nas i pragnie byśmy tam zamieszkały.”

            Matka Barat była bardzo za tym. Zwłaszcza, że obawiała się w tym czasie wszystkiego najgorszego dla domów francuskich, jak to tłumaczy w liście z czerwca 1828 roku. „Wszystkie ciosy grożą nam i mogą spaść na nas. Jeżeli się to sprawdzi, poślemy wam pomoc w personelu. To jest jedna z przyczyn przyjęcia tego domu.”

            Matka Duchesne z M. Mathevon dokonały jego otwarcia. Gdy rano zjawiły się, przy ślicznej pogodzie na jedynej ulicy miasta, ludność z radością witała i oklaskiwała je z okien i drzwi. Ich poprzedni pobyt pozostał im we wdzięcznej pamięci.

            Dom okazał się drewnianym barakiem. Odpowiednie do tego było wyposażenie jego przyszłych mieszkanek. Oto spis tego, co przywiozły na pierwsze potrzeby: dwa materace, cztery prześcieradła i kołdry, piecyk, kociołek, funt herbaty, 42 funty ryżu, trochę cukru i kawy, butelka wina mszalnego, druga octu. To wszystko. Zaraz nazajutrz zebrały się do przygotowywania prowizorycznego ołtarza. Matka Mathevon została przełożoną nowej fundacji, która szybko i pomyślnie ruszyła. Matki rodzin dobrze pamiętały swoje dawne nauczycielki i chętnie przysyłały dzieci do szkoły nowo założonej. Na nabożeństwa schodziło się do 300 osób. Matka Barat cieszyła się z tych dobrych początków apostolskiej pracy i przysłała trzy pomocnice z Francji, by zakonnicom ulżyć.

            Widząc, że w całej dolinie Missisipi Zgromadzenie posiada już sześć domów, które się dobrze rozwijają Matka postanowiła w inne strony skierować i poszerzyć naszą misyjną działalność. Pisze więc na ten temat: „Nasi przyjaciele twierdzą, że Louisiana ma dosyć domów. Pragnę więc, by kontentowano się przez kilka lat tymi sześcioma placówkami. Wkrótce trzeba będzie pomyśleć o stanach wschodnich, ale dopiero wtedy, gdy będziemy miały dość osób, by otworzyć dom w wielkim mieście. Zdaje się, że będzie to Nowy Jork.” Przyszłość pokazała jak słuszne były plany Matki Fundatorki.

            Ustaliwszy sytuację w domach amerykańskich, trzeba było teraz omówić pewne ważne sprawy dotyczące ich wzajemnych stosunków, jedności i rządów. W tym celu Matka Generalna poleciła wszystkim przełożonym, by się zjechały na zebranie, pewnego rodzaju Radę Prowincjalną. Matka Duchesne czuła wyraźną odrazę do tej misji moderatorki, którą miała sprawować. Jako pierwszą rację sprzeciwu wysunęła szorstkość swego charakteru. „Moim nieszczęściem jest to – tłumaczyła Matce Fundatorce, – że nie miałam zawsze przed oczyma tych słów, które mi matka dała do przeczytania w Grenoble na temat zewnętrznego sposobu bycia Jezusa Chrystusa! Mój Boże! Co za przeciwieństwo z Nim, moim Panem i wzorem! A także przeciwieństwo z moją łagodną Matką, która nigdy nie «dołamała nadłamanej trzciny»!” Dlatego też prosi o zwolnienie ze stanowiska przewodniczącej tego zebrania, któremu „nie przyniosłaby ani światła ani siły.” Mówi: Błagam Matkę, aby przyjęła wszystko, co nasze matki z Louisiany ustalą między sobą. Ja jestem jak zużyty kij, nadający się do wyrzucenia lada dzień.”

            A gdzie indziej dodaje: „Wszystko złe się obraca w moich rękach. Ja się czuję jak stary lew, który nie ma już żadnego środka działania i którego wszystko przygnębia i drażni.”

            Ale matka Barat już poprzednio dała swoje wskazówki matkom przełożonym, by zapewnić jej przewodnictwo. „Ma do tego prawo – pisała do Matki Aude – jako najstarsza i ta, której Bóg pierwej powierzył tę misję. Zresztą ma za sobą doświadczenie i cnotę.”

            Matka Duchesne ulegle się zgodziła i udała się w towarzystwie jednej z zakonnic do Saint Michel, gdzie zgromadziły się inne przełożone. Myśl, że spełniła wolę Bożą i dzieło Serca Jezusa była jedyną jej pociechą, bo była smutna. Ta delikatna misja zapowiadała się jako prawdziwy krzyż i matka tego nie taiła przed Matką Generalną.

            Miesiąc grudzień, jak co roku, przypominał jej przybycie Matki Fundatorki do Sainte Marie d’en Haut. Napisała więc do niej: „Od tego dnia i dnia przyjęcia do Zgromadzenia szczęście moje ciągle wzrastało w miarę postępów tego Zgromadzenia. Czegóż właściwie pragnęłyśmy, jeśli nie przede wszystkim chwały Jezusa? Przechodziło ono przez różne próby, ale dzięki Sercu Jego wyszło z nich zwycięsko.”

            A oto jak na te sprawy patrzyła Matka Barat, przykuta wtedy do łóżka wskutek ciężkiego upadku: „Widzę, moja droga córko, że masz swoje krzyże. Ach gdybym mogła ci pokazać, choć w skrócie, te, które Bóg zsyła na Zgromadzenie! Ale trzeba, by ono się wzmocniło i rozszerzyło przez krzyż i z krzyżem. Nabierzmy więc odwagi, obejmujmy go i nieśmy aż do ostatniego tchnienia.”

            Wizyta Matki Duchesne zaczęła się od Saint Michel, gdzie się zebrały przełożone. Dom ten, który po raz pierwszy widziała zawdzięczał wiele Matce Aude. Internat był dobrze postawiony, dzieci były pobożne i pracowały nad sobą, a miła współpraca z rodzicami ułatwiała wychowanie. Wspólnota składała się z 27 zakonnic, wśród nich i nowicjuszki gorliwie pracujące nad przyswojeniem sobie ducha Zgromadzenia.

            Rada w Saint Michel miała głównie na celu zapewnienie wszystkim domom w Ameryce jednolitości w przestrzeganiu Konstytucji i zwyczajów Zgromadzenia. Jedno z zasadniczych pytań Matki Fundatorki było: „Jakich wyjątków i odstępów od reguły mogą wymagać odmienne warunki życia w Ameryce?” Matka Duchesne znalazła się w bardzo trudnej i skomplikowanej sytuacji.

            Ona sama była zwolenniczką ścisłej obserwy zakonnej, ale z różnych powodów, które wymagają wyjaśnienia, autorytet jej był bardzo ograniczony ze względów, z których przełożone we Francji nie mogły sobie zdać sprawy. W tym czasie i aż do roku 1839 wszystkie domy Zgromadzenia, nie wyłączając amerykańskich, podlegały bezpośrednio Matce Generalnej, która mogła jeszcze podołać tej pracy. Toteż w praktyce, jak i w teorii odnoszono się do niej jako przełożonej naczelnej. Prócz tego uzasadnione uczucie czci i dziecięcego uczucia kierowało się instynktownie ku Matce, tak zarówno roztropnej, jak świętej. Taka była zwłaszcza postawa Matki Aude. Jej serdeczne przywiązanie do Matki Barat było źródłem tendencji do usuwania, jako przeszkody wszystkiego, co mogłoby stanąć między nią a ukochaną Matką. „Radzę się dobrej Matki Duchesne – pisała do Matki Fundatorki – w rzeczach dotyczących świętości, bo w tym celuje.”

            Ale na tym kończyła się jej zależność. W tej sytuacji, tak delikatnej, Matka Duchesne na poparcie swoich rad czy decyzji miała tylko mandat niejasno określony, wyrażający jedynie osobiste pragnienie Przełożonej Generalnej, a nie ugruntowany na statutach i nie mający precedensu w Zgromadzeniu. Stąd te opory – zarówno jej pokory jak i mądrości – wobec stanowiska przewodniczącej, które w rzeczywistości było przewodniczeniem czysto honorowym.

            Wszystko rozstrzygało się większością głosów. Pozostawał jej jedynie autorytet własnego doświadczenia, ale i tu nie mogła wykazać szczęśliwych rezultatów swego postępowania. Słusznie więc obawiała się, że jej projekty będą uważane za bardzo surowe. Matka Aude, używająca łagodniejszych środków, miała w Saint Michel wspaniałe osiągnięcia. Zdawała sobie z tego doskonale sprawę i wyjaśnia swoją pozycję Matce Barat: „Jaką wiarę i zaufanie mogę wzbudzać w domu gdzie wszystko idzie wspaniale na zewnątrz i wewnątrz, gdy ja jestem we wręcz odwrotnym położeniu. Powiedziałam moje zdanie co do wszystkiego, ale przekonałam się, że powinnam się trzymać całkowicie na uboczu, bez wtrącania się do wszystkiego, chyba tylko okazując zainteresowanie siostrzane.”

            Z Saint Michel udała się Matka Duchesne do małej fundacji w Bayon – la Pourche, potem do Grand Coteau, gdzie przełożoną była Matka Murphy. Pod kierownictwem tej wybitnej przełożonej dzieło wychowawcze rozwijało się i przynosiło bogate owoce. Rodzice mieli do niej takie zaufanie, że ze wszystkich stron przyjeżdżali powierzać jej swe dzieci. Za przykład może służyć prośba jednej mamusi proszącej o przyjęcie jej córki: „Niech moja córka śpi na ziemi, jeżeli nie ma w tej chwili u was miejsca, byleby to było u Matki w Sacré Coeur.”

            A jedna z dawnych uczennic tak wspomina ich stosunek do Zakładu: „Spałyśmy na ziemi, czasem na strychu lub w jakichś szałasach, ale byłyśmy szczęśliwe. Żaden luksus, ani dobrobyt w domu nie pociągał nas i nie byłby nas skłonił do opuszczenia naszego ukochanego klasztoru.

           Zdarzały się i nawrócenia na katolicyzm wśród uczennic protestanckich. Matka Filipina przesłała Matce Generalnej dokładne sprawozdanie z obrad w Saint Michel. Ta, nie mogąc z tak daleka zdać sobie sprawy z położenia swej przedstawicielki, wyraziła zdziwienie, że tak roztropna i energiczna wizytatorka nie postąpiła ze swymi podwładnymi bardziej stanowczo, obejmując przy tym więcej spraw. Dlatego pisze do niej: „Z pewnością twoja podróż zrobiła dużo dobrego, ale byłaby go zrobiła więcej, gdybyś była postąpiła według moich wskazówek i nie uchylała się od przewodniczenia. Załatwiłaś rzeczy zasadnicze, ale pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.”

            Takie było przeznaczenie Matki Duchesne: stanąć pierwsza wobec niezliczonych trudności wykonywania władzy. A równocześnie wobec często nieudanych jej doświadczeń wskazywać inną, lepszą drogę, która miała doprowadzić do celu. Ten cel wskazuje Matka Barat w liście: „Trzeba będzie koniecznie ustanowić Prowincjalną, która by miała władzę w poszczególnych wypadkach oraz ogólną, by według potrzeby działać. Moje wielkie oddalenie fatalnie się odbija na waszych sprawach i wyraźnie wam szkodzi, bo czasem musicie aż trzy miesiące czekać na moją odpowiedź.” Zostało to uregulowane na Radzie Generalnej z 1833 roku.

            Cała ta sytuacja sprzyjała najgłębszym pragnieniom Matki Duchesne powrotu na Północ do swego życia w ubóstwie i skupieniu. Kościół w Ameryce wchodził w nową fazę. Zainaugurował Rady i Synody prowincjalne w celu złączenia w jedno rozproszonych biskupstw i świeżo założonych. Jeden z nich odbył się w Baltimore w 1828 roku.

            Prócz biskupów brało w nim udział 2 teologów z różnych krajów. Po raz pierwszy Kościół amerykański obdarował w tak licznym i pełnym składzie i stwierdził on wielki rozwój swój od założenia Biskupstwa w Baltimore. Nie było to jeszcze wystarczające, dlatego Synod zatwierdził środki szybszego i większego rozwoju wiary. Jednym z nich, według zdania biskupów było mnożenie się szkół i Zakładów wychowawczych żeńskich. Jaki był udział Zgromadzenia w tej ówczesnej działalności apostolskiej? Sześć naszych domów założonych przez Matkę Duchesne liczyło 64 zakonnice, 350 uczennic zarówno internistek jak i dochodzących i sierot.

            Matka pozostała trzy tygodnie w Saint Michel i po uciążliwej podróży stanęła w Saint Louis w lutym 1830 roku. Ta rada w Saint Michel stanowi jakby punkt zwrotny w życiu apostolskim Matki Filipiny. Uważała, że nie należy się jej uznanie i chwała za to, co uczyniła w czasie swego przełożeństwa, ale raczej czas jej zniknąć z horyzontu i pozostać w cieniu.

            Odtąd więc, aż do samej śmierci pogrąży się w modlitwie, cierpieniu i ukryciu. A życie to okazało się korzystniejsze dla rozwoju Zgromadzenia, niż początkowa jego część pełna aktywizmu.

            Taki jest charakter ostatniego okresu jej historii – charakter ofiary dokonującej się w pełni.

 


CZĘŚĆ IV

OFIARA

Rozdział I- /1831 – 1834/. Nasilenie cierpienia.

 

            W apostolstwie jest coś bardziej wartościowego niż mówienie ludziom o Bogu, a mianowicie cierpienie za nich. Ta tajemnica ofiary zaczęła się dla Matki Duchesne od wyrzeczenia się zewnętrznego i wewnętrznego oderwania od wszystkiego.

            Jako wynik swojej wizyty w Dolnej Luisianie zaczęła znów nastawać Matkę Fundatorkę, by ją złożyła z urzędu przełożonej. Tym razem było to usprawiedliwione pozornym fiaskiem jej ostatniej funkcji. Dowiedziawszy się, że pewna bardzo zasłużona zakonnica ma być przysłana w najbliższej przyszłości z Francji do Ameryki, napisała zaraz do Matki Barat: „Błagam, niech Matka zamianuje ją przełożoną tutaj. Ja tak pokornie będę siedziała w kącie, że nie będę jej przeszkadzać. Dodam, że byłabym gotowa pójść wszędzie, gdybym nie czuła, że wszędzie byłabym przeszkodą z powodu mego wieku i dlatego, że nie mogę korespondować z rodzicami nie znając języka angielskiego. Najlepiej byłoby bym się ukryła. Mogłabym dawać lekcje albo pielęgnować chorych. Mówię to Matce w zupełnej szczerości.”

            Tak usilne i wytrwałe naleganie zaczynało robić wrażenie na Matce Generalnej. Była skłonna uwierzyć w to, co pisano z Ameryki, że pokorna Matka pozostawiała dom w stanie zupełnego zaniedbania, co odstręczało najlepsze rodziny w Saint Louis. Mówiono, że trzyma się kurczowo stylu życia, które prowadzono w pierwszych domach francuskich, nie licząc się z postępem czasu i potrzebami chwili obecnej. A zwłaszcza w Ameryce, gdzie tempo zmian i rozwoju jest takie szybkie, było to konieczne.

            W tym samym czasie przybyła obiecana pomoc w osobie M. Kersaint i kilku innych zakonnic. Zdawało się, że nadeszła chwila odpowiednia do przeprowadzenia wymarzonej przez Matkę Filipinę zmiany. Matka Barat przedstawia więc swej udręczonej córce nowy plan organizacji domu: „Matka Thiefry mogłaby być przełożoną, a Matka Kersaint asystentką. Ty zaś droga Filipino, przeniosłabyś się do Saint Charles lub do Fleurissant, tam gdzie byś się więcej czuła potrzebna. Na temat zarzutów zacofania robi tylko małą wzmiankę: „Broń Boże, nie robię Ci zarzutów, bo wiem dobrze ile tam zdziałałaś i cierpiałaś, ale czasy się zmieniają i trzeba się przystosować i zmieniać według potrzeby chwili nasz sposób bycia.”

            Odpowiedź Matki Duchesne, zawsze gotowej na wszystko, okazuje głębokie nadprzyrodzone zrozumienie się obu Matek. Matka Barat położyła jednak za warunek zmiany zgodę na nią Biskupa z Saint Louis. Ten zaś stanowczo się sprzeciwił temu, by Matka Filipina ustąpiła ze swego stanowiska przełożonej, tak wysoko cenił jej cnotę i apostolską działalność. Wobec tego nic się na razie nie zmieniło.

            Ale wiele cierpień czekało jeszcze Matkę w Saint Louis. Jednym z nich, bardzo dotkliwym była epidemia cholery, która nawiedziła Saint Michel i całą okolicę. Ponieważ listy stamtąd szły cały miesiąc, przeżyła ciężkie chwile zanim się dowiedziała o śmierci kilku zakonnic. Matka Aude, tamtejsza przełożona z niesłychanym poświęceniem pielęgnowała swoje chore córki, a jedyną jej pociechą była ich świętość i gotowość do pełnienia woli Bożej aż do ofiary z życia. Później Matka Duchesne patrzyła na powolne męczeństwo i śmierć Matki Oktawii Berthold, swej towarzyszki z początków fundacji w Ameryce. A ból jej był podwójny, bo nie tylko ponosiła stratę osobistą, ale i Zgromadzenie w Ameryce było głęboko dotknięte odejściem tej wybitnej apostołki i wychowawczyni.

            Ale nie był to jeszcze koniec udręk. Pan Bóg domagał się dalszych wyrzeczeń zabierając Matce drugą najbliższą towarzyszkę początków misji w Ameryce, Matkę Aude, którą Matka Barat wzywała do Francji. Na Radzie z roku 1833 postanowiono wybrać asystentkę generalną, która by przedstawiała interesy i sprawy domów amerykańskich i wybór padł na nią. Otrzymała więc wezwanie od Matki Barat, która dodaje: „Polecamy Ci przyjąć ten krzyż, który Pan Jezus pomoże Ci dźwigać. Gdy tylko otrzymasz ten list, jeśli Ci zdrowie pozwoli zwizytuj te cztery domy: Opelusas, Saint Louis, Saint Charles i Fleurissant. Potem przyjedź do Francji zdać nam sprawę z Twej misji. Zatrzymam Cię tu jak najkrócej, ale ta podróż jest konieczna i to jak najszybciej.”

            Matka Aude z radością i wdzięcznością przyjęła tę decyzję, bo jej otwierała drogę do ukochanej Matki. Zaczęła swą wizytację od Saint Louis i Fleurissant, ale ani ona, ani Matka Filipina nie domyślały się, że się już nigdy nie zobaczą. Tej ostatniej było pisane z góry, że straciwszy swoje dwie pierwsze córki, pozostanie sama wierna Ameryce i połączy w sobie ofiarność w cierpieniu jednej i siłę aktywnej pracy apostolskiej drugiej.

            Wkrótce potem nowy, bardzo bolesny cios spadł na tę miłośniczkę Jezusowego Krzyża. Istniało w dalekiej Ojczyźnie miejsce, które koncentrowało najmilsze jej wspomnienia młodości i początków życia zakonnego: klasztor Sainte Marie d’en Haut w Grenoble. Otóż nieprzewidziane okoliczności zmusiły Matkę Barat i Radę z 1833 roku do zlikwidowania domu. W najbliższym bowiem sąsiedztwie zainstalowała się placówka inżynierii wojskowej. Strata tego domu była wielką przykrością dla całego Zgromadzenia, zwłaszcza dla Matki Duchesne, ale na szczęście został on na nowo otwarty w roku 1930.

            Do tych licznych doświadczeń dołączyły się liczne choroby w internacie, które zmusiły ją do przeniesienia go do Fleurissant, gdzie był zdrowszy klimat. Wynikły z tego jednak duże kłopoty finansowe i konieczność zaciągnięcia poważnych długów.

            Matka Filipina, swoim zwyczajem, wszystkie te biedy przypisywała sobie i podwajała swe pokuty w duchu wynagrodzenia za własne, w jej pojęciu, wielkie winy w zarządzaniu domem.

            Wciąż powtarzała, że nie czuje się już zdolna do wykonywania funkcji przełożonej, wobec wymagań rozwijającego się w szybkim tempie postępu w różnych dziedzinach, zwłaszcza nauki. Przedstawia to Matce Barat w następujących słowach.

„Jestem już niemodna. Tutaj trzeba się znać na różnych naukach: filozofii, astronomii, chemii.

            Tym bardziej pociąga mnie Jezus, jako źródło jedyne prawdziwej wiedzy potrzebnej, Jezus, którego chcę szukać w samotności. Moim tegorocznym patronem jest Święty Andrzej ze swoim krzyżem. Tego „dobrego” krzyża pragnę w dwóch rzeczach: wzdycham albo do końca mego życia, albo do końca moich dni przełożeńskich rządów.”

            Tym razem Matka Generalna zgodziła się na jej usilne prośby i przeniosła ją do Fleurissant. „Droga Filipino – napisała do niej – potrzebujesz wypoczynku i lżejszej pracy, dlatego wzywam Matkę Thiefry do Saint Louis na Twoje miejsce, a Ty zajmiesz jej stanowisko we Fleurissant. Polecam się Twoim modlitwom. Ofiaruj je za Twoją Matkę z całą żarliwością, do której jesteś zdolna.”

            Rozkaz ten przyszedł do Matki Duchesne 2 października. Zmiana dokonała się nazajutrz z taką prostotą jakby chodziło o zmianę celi. Nowicjuszki z Fleurissant przeniosły się za Matką Thiefry do Saint Louis. Matka Duchesne pozostawiła tam niezatarte wspomnienie. Najwybitniejsze jednostki wśród mieszkanek tego miasta zawdzięczały wielkie swe wartości moralne wychowaniu Matki Filipiny.

 

Rozdział II - Pobyt we Fleurissant.

 

            Pobyt Matki Duchesne we Fleurissant zaczął się od dziwnej jakiejś, bardzo bolesnej choroby, której nie można było zbadać, a wywołującej takie osłabienie, że była pewna, że umrze. Ale Pan Bóg potrzebował jeszcze jej pracy i cierpienia, więc wyszła z niej i mogła dalej ćwiczyć się w umartwieniu i innych cnotach, nieodzownych dla dusz, które pragną zbawiać z Chrystusem świat. A miała do tego dużo sposobności, z których skwapliwie korzystała.

            Na zewnątrz najbardziej uderzało jej ubóstwo. Mieszkała w nędznym pokoiku, bez cienia komfortu i wygody. Spała na cieniutkim materacu na podłodze. Warunki klimatyczne odpowiadały jej umiłowaniu umartwienia. „ Podczas ostrej zimy w 1835/36 roku – donosi w jednym z listów – mróz był tak duży, że w nocy oddech nasz zamarzał i tworzył się szron na poduszce”. Przebywając przeważnie w lodowatej kuchni, przyznaje, że miała tak zmarznięte ręce, że przywierały do metalowych naczyń i nie można było ich oderwać bez pozostawienia na nich kawałków skóry. Żywiła się dosłownie resztkami jedzenia, które dzieci zostawiły. Obchodziła stoły po ich śniadaniu i zbierała nie zjedzone kawałki. Pracowała nieustannie obejmując najróżniejsze dziedziny pracy. I tak naprawiała i cerowała odzież całego domu. Gdy już wszyscy poszli spać obchodziła po cichutku sypialnie dzieci i zakonnic szukając podartej bielizny i pończoch i w nocy je cerowała, a następnie podrzucała na miejsce.

            Rano dzieci zdumione nie mogły sobie wytłumaczyć, w jaki sposób zaszła ta tajemnicza zmiana. Każda robota była dla niej dobra. Dziennik domu notuje między innymi: „Brak pieniędzy sprawił, że nie miałyśmy służącego, więc musiała najcięższe prace spełniać, a ponieważ nie była zbyt zgrabna w rękach, zbierała bardzo często małe upokorzenia.” Czytamy gdzie indziej: „Jesteśmy takie przeciążone i zaharowane, że ledwie możemy się spotkać wzajemnie, by sobie życzyć szczęśliwego Nowego Roku.” Matka umiała się oderwać nawet od modlitwy, a wiadomo, jak ją pociągała, gdy jakaś ciężka praca była potrzebna. Raz w drugim dniu rekolekcji, przywieziono stadko świń, jako zapas zimowy. Ubóstwo domu było takie, że nie było czym ich żywić. Należało je natychmiast zabić. Wszyscy zabrali się do dzieła: przyrządzenie fachowe, krajanie, solenie, itd. Zakonnice biegały więc z Matką Duchesne na czele z masarni na nauki i z nauk do masarni.

            Bardzo serdeczną opieką otaczała chore i cierpiące Siostry, służąc im nieustającym poświęceniem, aż do zupełnego wyczerpania sił. Świadczyć o tym może list jednej z zakonnic: „Prosimy, by Matka kazała się modlić za naszą Matkę Duchesne. Niech Bóg nam ją zachowa. Taka jest nam potrzebna. Nic się nie oszczędza. Proszę pomyśleć, że spędziła dwie noce przy jednej chorej! I to w jej wieku! I za nic nie chciała się zgodzić na chwilę odpoczynku. Nie rozumiem, jak może to wytrzymać. Uważam to za cud.”

            Podłożem tych cnót była jej pokora, która ją stale trzymała u stóp wszystkich. Stąd też pochodziło jej posłuszeństwo przełożonym. Oddała się przez swój ślub posłuszeństwa cała i bez zastrzeżeń w ręce swej pierwszej Matki, do której kiedyś pisała: „Przykro mi, że Matka mnie się radzi i pyta. Matki rzeczą jest decydować i rozporządzać wszystkim, a moją stosować się do Jej intencji, które szanuję i którym się z góry poddaję.”

            Nie znaczy to, by posłuszeństwo jej nigdy nie kosztowało. Np., gdy w pierwszych czasach pobytu jej w ukrytym i ubogim domu Fleurissant, do którego się tak przywiązała, była mowa o przeniesieniu jej bardziej na południe kraju. Ogarnęła ją jakaś odraza do tego projektu i napisała początkowo do Matki Generalnej: „Nie mam na to odwagi. Tu posiadam wszystkie duchowe pomoce, jakie można wymarzyć. Nigdzie tego nie ma. Obawiałabym się bardzo tej zmiany, wiedząc, że w domu Matki Xavier, która mnie chce tam przyjąć na resztę moich dni, przez trzy miesiące nie było Mszy Św. ani w niedziele, ani w święta. Nie mam dość spokojnego sumienia, by żyć tak z dala od możliwości przyjęcia Ostatnich Sakramentów. Proszę więc bardzo Matkę by mi pozwoliła tu umrzeć. Będę tu posłuszna, komu Matka zechce.”

            Te lęki powtórzyły się jeszcze po dwu latach. Ale ponieważ według zdania Św. Franciszka najdoskonalszą rzeczą jest o nic nie prosić, niczego nie odmawiać i niczego nie pragnąć, odwołała swoje poprzednie prośby pisząc do Matki Generalnej: „Jestem gotowa być posłuszna w każdej zmianie, którą Matka zarządzi, choćby mnie to nie wiem ile kosztowało.”

            Tak to łączyła się w niej silna indywidualność i pęd do niezależności z duchem nadprzyrodzonym i delikatnością sumienia.

            Matka Duchesne żyła dogłębnie Bogiem. Wszystkie ofiary i prace kierowała wprost do Najświętszego Serca Jezusa, na Jego chwałę. Prosiła Go, by z miłości ku Niemu umiała żyć oderwana od wszystkich rzeczy ziemskich, nieznana i wzgardzona. Jezus był jej jedynym schronieniem i prawdziwym pokojem. Serce jej zwracało się z niewysłowioną siłą miłości do Najświętszego Sakramentu. Godzinami byłaby klęczała przed Najświętszą Hostią, a komunia Św. była jej codziennym pokarmem. Odnajdywała też Jezusa Chrystusa w swoich drogich dzieciach. Jego to w nich widziała, Jemu służyła i Jego chciała im dać we wszystkich swych naukach czy upomnieniach.

            Jej życie wewnętrzne i modlitwa były bardzo proste i jednolite. Mówi o tym między innymi: „Nie umiem niczego widzieć cząstkowo i w szczegółach, ale gdy mnie coś uderza, to jako całość. Gdy słucham kazania, mimo woli redukuję wszystko, co słyszę do kilku słów. W tym usposobieniu różne metody modlitwy prowadzą do rozproszenia umysłu.”

            Najczęściej odzywała się do Boga w krótkich zwrotach modlitewnych, wyrażających jej stałą postawę wewnętrzną, jak: „Tak, mój Jezu, to dla Ciebie.”, „O mój Jezu, miłosierdzia!”

            Po jej śmierci odnaleziono modlitwę napisaną własnoręcznie: Daj mi, Panie, umrzeć dla wszelkiej rzeczy tego świata. Daj, bym z miłości do Ciebie była pogardzana i niezrozumiana. Zrób, żebym jedynie w Tobie znalazła mój odpoczynek. Niech serce moje w Tobie i w Tobie jedynie ma schronienie, bo jesteś prawdziwym pokojem. Poza Tobą wszystko jest dla mnie marne i godne pogardy.”

            Po Bogu najwięcej kochała Zgromadzenie nasze. Opowiadała chętnie o jego początkach, o „złotym wieku” jego założenia, o Ojcu Varin, O. De Tournelly i o wszystkim, co tak głęboko utkwiło w jej duszy i wspomnieniach. Przyjaźnie zawarte w tych odległych czasach trwały niezmienne i żywe. Świadczy o tym jej korespondencja.

            Zwłaszcza serdeczne stosunki łączyły Matkę z pierwszymi towarzyszkami życia zakonnego w Sainte Marie d’en Haut. W liście do Matki Emilii Giraud wspomina wspólne ich przeżycia i pragnienia: „Razem złożyłyśmy pierwsze śluby, a potem profesję wobec Matki Barat, razem próbowałyśmy wznowić, o ile to było możliwe, życie zakonne w czasie ostatnich miesięcy Rewolucji Francuskiej. Miałyśmy nieraz te same urzędy, te same pragnienia misyjne. Chciałyśmy jechać razem do Japonii, ale dla mnie Pan Bóg przewidział Amerykę, a Tobie przeznaczyła mały departament Francji. Ale pociesz się, więcej dokonujesz w swym ukrytym kącie niż ja w mojej rozległej misji i w moim małym domku.”

            Przyjaźń długotrwała z Matką Teresą Maullucheau, tak wewnętrzną i bliską Bogu duszą, nie straciła nic ze swojej świeżości i gorliwości. Obie Matki rywalizowały w coraz gorętszej miłości Bożej. Gdy raz Matka Duchesne żali się na brak wiadomości od niej, dostaje następującą odpowiedź: „Ja z Matką milczę!!! Przecież nie ma chyba osoby, z którą byłabym w większym i bardziej nieustannym kontakcie duchowym. Wprawdzie trudno jest słowami wyrazić z tak wielkiej odległości to, co by się chciało powiedzieć, ale zdaje mi się, że więzy, które łączą nasze dusze są tym silniejsze, im bardziej rozluźniają się więzy naturalne. Słyszała, że Matka ma dużo do cierpienia. Czy to są krzyże zewnętrzne czy wewnętrzne? Czy nie brakuje Matce pomocy duchowej? Czy dusza jej jest na samotnej pustyni? Czekam na szczerą odpowiedź. Co do mnie, dusza moja znajduje się w zupełnym osamotnieniu tak ze strony Boga jak i ludzi. Ale wiara mi mówi wciąż, że lubię to ogołocenie, choć jest bolesne dla serca.

            Żyjmy Bogiem, droga Matko. Czyńmy dobrze przez nasze modlitwy. Umierajmy dla siebie i naszej własnej woli. Niech wola Pana naszego będzie naszą wolą. Nie szukajmy już niczego, ale to niczego na ziemi.”

            Ale najserdeczniejszymi uczuciami przyjaźni darzyłam Matka Filipina Matkę Barat, która odpłacała się jej wzajemnością, jak to widzimy w następującym liście: „Ani odległość, ani czas nie osłabiły mego przywiązania do Ciebie. Odwrotnie, jest coraz silniejsze. Bo Twoje długoletnie prace, wszystko, co wycierpiałaś podwajają je, jak również uczucie wdzięczności za to, co Zgromadzenie Ci zawdzięcza. Niepodobna tego zapomnieć. Chciałabym móc spełnić Twoje pragnienia i udzielić Ci trochę spokoju, do którego masz pełne prawo, ale kim mam Cię zastąpić? Chciałam zamknąć dom we Fleurissant, ale Ty sama mi to odradziłaś i słusznie. Ten samotny dom tak się nadaje na nowicjat. Gdy będę mogła Ci posłać Mistrzynię Nowicjatu, wówczas będziesz wolna. I cóżby Ci przeszkodziło przyjechać do nas i umrzeć wśród nas. Przynajmniej byśmy się zobaczyły. Uregulujemy tę sprawę na pierwszym zebraniu Rady. Tymczasem módl się za nas droga Filipino.”

            Ale zamiary Opatrzności były inne i wielka misjonarka nie miała nigdy wrócić do Ojczyzny.

            Trzeba też podkreślić wielkie i zawsze żywe przywiązanie Matki Duchesne do własnej swej rodziny. Pozostawała ze wszystkimi jej członkami w stałym kontakcie, dzieliła, choć z daleka ich losy, troski i radości. Interesowała się specjalnie tymi, których Pan Bóg powołał do swej wyłącznej służby w stanie kapłańskim czy zakonnym. Do nich zaliczali się trzy siostry i jeden brat jej siostrzenicy, Aloizji Jouve, niezapomnianej w Zgromadzeniu z powodu swych cnót i ofiarności w cierpieniach aż do śmierci.

            Wreszcie Kościół Święty należał zawsze do jej największych umiłowań, a zwłaszcza Kościół w Ameryce. Jakaż była szczęśliwa patrząc na Jego rozwój i odnowę za następcy biskupa Dubourg. Liczba kapłanów w jego diecezji wzrosła do czterdziestu, założono dwa kolegia OO. Jezuitów, seminarium duchowe, szpital, dwa sierocińce, 9 klasztorów żeńskich oddanych wychowaniu młodzieży i zbudowano przeszło 20 kościołów.

            Ale obok tego rozwoju, Kościół przeżywał i bolesne chwile prześladowania, jak za prezydentury Andrew Jacksona, znanego przeciwnika katolicyzmu. Szerzyły się więc bezkarnie mniej lub więcej otwarte wystąpienia przeciw religii katolickiej. We Fleurissant protestanci mówili otwarcie: „Biskup katolicki jest zbyt dumny ze swego kościoła. Dużo go to będzie kosztowało! I rzeczywiście stary kościół w tym mieście został spalony doszczętnie. Podobnie klasztor SS. Urszulanek uległ zniszczeniu przez pożar, a nie był to z pewnością przypadek! W prasie występowano otwarcie przeciw klasztorom, np. nazywano domy Sacré Coeur „domami diabła”.

            Chodziło też o to, by powstrzymać emigrację francuską i irlandzką do Ameryki, ze szkodą dla kraju oczywiście. Mimo tych przeszkód kościół rozwijał się dalej i wkrótce po kryzysie powstały 3 nowe diecezje oraz liczne szkoły i dzieła społeczne katolickie. Matka Duchesne bardzo głęboko przeżywała te zmienne koleje Kościoła dzieląc jego cierpienia i radości.

            Ale ponad wszystko górowało u niej gorące pragnienie połączenia się z Chrystusem w niebie na wieczne czasy.

            Przy każdej ciężkiej chorobie, a zdarzało się to od czasu do czasu, była pewna, że Bóg ją wzywa już do siebie i przygotowywała się do opuszczenia ziemi. Zwierza się raz matce Generalnej: „Wszelkie pragnienie wygasło we mnie, oprócz jednego: oglądać Boga w niebie i cieszyć się Nim.”

            Ale Matka uważała, że to jeszcze za wcześnie. Odpowiada jej; „Dużo cierpiałaś, moja droga Filipino, ale Bóg dał Ci silny temperament. Mam więc nadzieję, że wyzdrowiejesz i będziemy mogły zachować Cię jeszcze parę lat, byś mogła wykończyć dzieło Twego uświęcenia i utrwalić Twe fundacje.” I rzeczywiście zdawało się, że nic nie zdoła załamać jej sil i aktywności.

            W roku 1838 pisze: „Pragnę zawsze spoczynku, ale nie spodziewam się już osiągnąć go na tej ziemi. Wszystko wskazuje, że nie doczekam się go za życia. Nawet teraz gdy zaczynam 70 rok mam wciąż tyle pracy. Nie ma nikogo innego, kto mógłby budzić rano zakonnice, sprawdzić, czy wszystko zamknięte przed nocą, a także podjąć się uprawy ogrodu, pracy w szatni i czuwania w nocy przy chorych.”

            Tak więc Matka była w rozterce między pragnieniem śmierci a gorliwością o zbawienie dusz nie wiedząc już, o co prosić oddawała wszystko Bogu. I odpowiadał jej na swój tajemniczy, Boski sposób.

            We wrześniu przybyła do Fleurissant Matka Galicyn, asystentka generalna, opiekująca się domami w Ameryce. Zastępowała Matkę Aude, która z powodu choroby została ostatecznie w Europie. Matka Duchesne przyjęła Matkę Wizytatorkę jako przedstawicielkę przełożonej, a raczej Boga samego. Poprosiła ją na klęczkach o błogosławieństwo, ten gest – wyraz jej głębokiego ducha wiary – wzruszył wszystkich do łez.

            Matka Galicyn była osobą o silnym i nieugiętym charakterze. Przedsiębiorcza, śmiała, płonąca Miłością Bożą i gorliwością apostolską nadała Zgromadzeniu w Ameryce Północnej kierunek zdecydowany i nowy rozpęd Boży. Ale dla jej autokratycznego temperamentu cel był wszystkim, człowiek zaś, jako taki niewiele się liczył.

            Pewne formy pożyteczne, a nawet może konieczne zostały przeprowadzone przez nią, ale nie dość liczyła się z zasługami i wartością osób, którym Zgromadzenie dużo zawdzięczało.

            Gdyby działalność Matki Galicyn była nacechowana większą roztropnością, łagodnością oraz umiarem, przyjęłaby bez trudności wszystkie ofiary. Niestety nie taka była metoda przedstawicielki Matki Generalnej. Musiała więc Matka Duchesne oprzeć się mocno na swej nieugiętej wierze, by widzieć w tej narzucającej się woli, wolę pokornej i łagodnej Matki Barat.

            Przyjęła wszystko nie bez trudności, ale bez skargi. Miała też nadzieję, że zarządzenie Asystentki Generalnej sprowadzą jej to, czego od dawna pragnęła. Błagała ją więc, by uwolniła ją od tego ciężaru przełożeństwa. Matka Galicyn, doceniała świętość Matki Duchesne, ale uważała, że z powodu wieku i przywiązania do dawnych zwyczajów nie jest na wysokości zadania i chętnie się zgodziła na jej prośbę. Tym sposobem, nieświadomie, przygotowała jej największą chwałę, której pragnąć może Zakonnica Serca Jezusowego: kończyć swe życie w zapomnieniu i ukryciu się w Bogu, zanim On ją do siebie zabierze. Wróciła więc do swego dawnego stanowiska zwykłej zakonnicy. Ustalono, że zamieszka w Saint Louis, zostawiając nowicjuszki pod opieką Matki Kersaint. Pojechała tam rzucając tęskne, pożegnalne spojrzenie na teren swych długoletnich prac i cierpień. Droga upokorzeń i cierpień, której tak gorąco pragnęła, otwierała się przed nią.

 

Rozdział III - Misja u Indian. 1841 – 1842.

           

            Matka Duchesne nie przestawała nigdy interesować się Indianami. W roku 1832 donosi Matce Generalnej, że spotkała ich kilku ze szczepu Płaskich Głów, którzy przybyli z zachodu nad Oceanem Spokojnym w odległości 600 km, by zobaczyć, jak Biali się modlą. „Widać u nich – pisze – oznaki katolicyzmu: żegnają się i modlą rano i wieczorem. Co wieczór byli z nami w kościele. Jednego z nich, chorego, ochrzczono, a gdy umarł, uroczyście pochowano.”

            Matka Barat tłumaczy swej ukochanej córce trudności w zrealizowaniu jej długoletnich marzeń. „Potrzebowałabyś do tej misji kilku starszych trochę osób, znających język angielski. Gdzie je znaleźć? Ale przypomnij mi jeszcze ten projekt, jeżeli uważasz, że jest wykonalny. Napisz mi, który Biskup zajmie się tym szczepem. Jakie miałybyście tam pomoce duchowe i materialne?”

            To nie była odmowa, tylko odroczenie sprawy. Matka Filipina dobrze sobie to zapamiętała. Czekając na dzień, w którym będzie mogła sama zacząć swą działalność misyjną, pracowała dla kościołów, które założyli świeżo dawni Ojcowie i nowicjusze, Jezuici z fermy Fleurissant.

            Ojciec Verhaegen, wyrażając za to swą wdzięczność, opisywał, jak został serdecznie przyjęty przez Indian szczepu Potomatowi.

            Stanowili oni cząstkę rasy czerwonoskórych, którzy przybyli z Azji przez cieśninę Beringa. Katechizowali ich w XVI i XVII wieku misjonarze „Wielkiej Modlitwy” lub Kościoła Katolickiego. Mimo zalewu emigrantów Białych pozostali jednak w swoich lasach i jeszcze w roku 1835 tam byli. W tym czasie Kongres Amerykański wydał rozkaz utworzenia rezerwatu Indian różnych szczepów. Wśród nich byli także przedstawiciele Potomatowi. Duża część ich była ochrzczona i żyła pod opieką swych misjonarzy. Wkrótce potem OO. Jezuici zaczęli organizować misję na terenach, gdzie Indianie tego szczepu udawali się, przymuszeni przez rząd to jest na krańcach Missouri.

            Fakt ten pobudził Matkę Duchesne do ponownych starań o wzięcie w niej udziału. A pomagał jej w tym O. Smet, który ogromnie ją cenił i popierał jej zamiary. Biskup Rosati utwierdzał ją też w jej projektach, bo uważał je za wolę Bożą. Należało więc oficjalnie poprosić władze Zgromadzenia o pozwolenie wyjazdu. Napisała zatem do Matki Galicyn przedstawiając swą prośbę i jej powody. Przypomniała jej, że pierwszym celem wyjazdu do Ameryki było dla niej niesienie Ewangelii tubylcom, którzy nie znali prawdziwego Boga.

            Teraz warunki fundacji są korzystne i należy uchwycić tę okazję zanim obejmą tę placówkę prezbiterianie lub metodyści.

            Wprawdzie stan zdrowia Matki Filipiny był opłakany, pozostawało jej ledwo tchnienie życia. Nic więc dziwnego, że Matka Asystentka Generalna nie chciała ryzykować jej zdrowia, a może życia. Ale Matka Barat była innego zdania, widząc wyraźnie, że Matka Duchesne działała tu pod natchnieniem Bożym. Odpisała więc Matce Galicyn: „Niech Matka dobrze zrozumie, że fundacje nasze w Luizjanie nie były naszym pierwszy celem, Matka Duchesne z natchnienia Bożego wybierała się na drugą półkulę przede wszystkim dla nawracania pogan.”

            Równocześnie dowiedziano się z listu Biskupa Rosati, że Papież Grzegorz XVI doniósł Matce Barat, że bardzo by się cieszył, gdyby Zgromadzenie osiedliło się wśród Indian. To był ostatni znak woli Bożej. Sprawa była wygrana.

            Matka Mathevon, przełożona z Saint Charles, która także od wielu lat wzdychała do tego apostolstwa, poprosiła Matkę Barat, by wysłuchała jej prośby i pozwoliła jechać na tą fundację. Matka się zgodziła i została zaraz mianowana przełożoną tej nowej placówki misyjnej.

            Dołączyły się do nich Matka O’Connor, Irlandka, władająca językiem angielskim i francuskim (uczyła już Indianki w szkole w Saint Charles) oraz Murzyn pomysłowy i zdolny.

            Matka Filipina paliła się do tej wyprawy, ale coraz bardziej wątpiono w możliwość, by mogła wytrzymać taki wysiłek, bo była coraz słabsza. Sama to stwierdza, pisząc do Matki Barat: „Moje pismo i przekreślenia świadczą o słabości mojej głowy i ręki. Cudu nie ma. Czekam na wolę Bożą.”

            Matka Mathevon zaś informuje Matkę Generalną: „Nasza Matka bardzo słabnie. Boję się, że długo już nie pociągnie. Jest wielkim zbudowaniem dla całego domu w Saint Louis przez swoje posłuszeństwo zakonne osobie, która była jej nowicjuszką, i umartwienie we wszystkim i wszędzie. Szkoda, że Matka nie może zobaczyć jej pokoju, jej łóżka. Mieszka pod schodami jak Święty Aleksy. Ale twierdzi, że tam czuje się najlepiej, spokojniejsza niż gdziekolwiek.”

Podobnie się wyraża Matka Galicyn: „Sama czuje i zdaje sobie sprawę, że jest umierająca, a jednak pozwolenie Matki na jej wyjazd będzie uważała za rozkaz i nic nie potrafi jej zatrzymać.”

W takich warunkach wyruszenie w podróż wyglądało na szaleństwo, ale są szaleństwa natchnione przez Mądrość Bożą. Ks. Verhaege stojący na czele wyprawy przyjął i powiedział stanowczo: „Jeżeli nie będzie mogła pracować, przyczyni się do powodzenia naszej misji przez swą modlitwę za nas.” Wiele krajów Ameryki przysłało pomoc pieniężną a Biskup z Natchee przyjechał do Saint Louis, by udzielić nowej kolonii swego błogosławieństwa.

Żegluga na wodach Missisipi odbyła się bez przygód. Wszyscy podziwiali piękną przyrodę przybrzeżną, zwłaszcza kwiaty o przedziwnych kształtach i barwach. Zdrowie im służyło, a Matka Duchesne spacerowała po pokładzie w dobrej formie, jakby jej połowę lat ubyło. Po czterech dniach wylądowały w Westport, skąd Matka Mathevon donosiła Matce Generalnej: „Odczuwamy łaskę naszego powołania i łaskę na chwilę obecną. Każda się raduje i dziękuje Bogu za to, że ją wybrał. Matka Duchesne trzymała się dzielnie przez cały czas, ale mamy jeszcze dwa dni podróży powozem.”

Powóz okazał się trzęsącym wózkiem, którego podskoki męczyły Matkę Filipinę. Ale największym cierpieniem jej był widok miast i wiosek bez kościołów, księży, szkół, słowem, bez Boga. Kilka razy mieszkańcy przychodzili prosić zakonnice, by zostały z nimi i wychowywały ich córki. Ale ich misja indiańska zanadto leżała im na sercu, nie chciały się po drodze zatrzymywać.

Wreszcie dziewiątego dnia stanęły na ziemi szczepu indyjskiego „Potomatowi”. Matka Mathevon opowiada, że były jeszcze oddalone o 18 mil od swej wioski, gdy się zjawiło dwóch Indian. Najpierw pokłonili się do ziemi przed O. Verhaegen, prosząc go o błogosławieństwo, a potem opowiedzieli, że w wilię cały szczep zgromadzony oczekiwał do wieczora „Kobiet Wielkiego Ducha”, ale nie przyjechały. „Powiedzcie im – rzekł Ojciec, że jutro skoro świt będziemy u was.”

Nazajutrz karawana ruszyła. Był to prawdziwy pochód triumfalny. Co dwie mile spotykały Indian, konnych wskazujących im drogę. Nagle, na wielkiej łące ukazało się 150 tubylców na koniach piękne przystrojonych, w porządnym szyku ustawionych. Nad ich głowami ozdobionych piórami powiewały na wietrze dwa sztandary: jeden czerwony, drugi biały. Dwóch misjonarzy konno prowadziło pochód. Pośrodku tej karawany posuwały się z wolna powozy wiozące zakonnice, podczas gdy Indianie wykonywali różne tańce figurowe przy odgłosie strzałów z muszkietów.

Dom Proboszcza był celem tego pochodu. „Tu – wspomina Matka Mathevon – kazano nam wysiąść i zająć miejsce na ławkach: czterem zakonnicom i trzem Ojcom Jezuitom. Indianie ulokowali się w czterech rzędach po obu stronach.”

Z kolei O. Verhaegen przedstawił Matkę Duchesne: „Oto, moje dzieci, kobieta, która od 35 lat nie przestaje prosić Boga, by mogła do was przyjść.” Teraz wódz zbliżył się, by nas serdecznie powitać, a żona jego wygłosiła przemówienie zakończone słowami: „Żeby wam pokazać naszą radość z waszego przybycia, wszystkie nasze kobiety i dziewczęta ucałują was.”

            Potem musiałyśmy jeszcze uścisnąć dłoń każdemu mężczyźnie, a oni wszyscy defiladowali przed nami z wodzem na czele. Nawet niewidomy staruszek nie omieszkał pokazać nam w ten sposób swej radości. 700 razy musiałyśmy powtórzyć tę ceremonię, której Matka Duchesne, mimo swego zmęczenia, poddała się chętnie.

            Wioska Indian nazywała się Sugar – Creek. Leżała pośrodku rozległej bardzo łąki, ciągnącej się aż do Gór Skalistych. W sąsiedztwie żyły inne szczepy indiańskie, o tak prymitywnych obyczajach, że nierzadko zdarzało się ludożerstwo. Sugar – Creek stanowił pod względem obyczajów wybitny z nimi kontrast. Matka Duchesne kreśli krótki obraz mieszkańców tej wioski: „Połowa tych ludzi wyznaje katolicyzm. Druga połowa to poganie, którzy się powoli nawracają. Gdy są ochrzczeni zrywają zupełnie z pijaństwem, kradzieżą i rozbojem. Nie zamyka się żadnego domu, a jednak nie ma wypadków kradzieży. Rano gromadzą się na modlitwę wspólną i Mszę Św. Tak samo odmawiają pacierz wieczorny. Pozostawało jednak dużo jeszcze do zrobienia. Zabrano się więc z zapałem do dzieła. Początki fundacji okazały się trudniejsze niż przypuszczano. Domu nie było. Istniał tylko jego projekt. Zakonnice musiały więc przyjąć odstąpioną im chałupę Indianina, który wraz z całą rodziną przeniósł się pod namiot.

            Niemniej już 19 lipca otworzyły szkółkę. Wznosiła się ona na wzgórzu, skąd widok rozciągał się na bezkresną równinę. Obok mieściła się mała kapliczka drewniana. Obsługiwał ją O. Allain. Był on też i naszym dobrodziejem, bo ofiarował nowoprzybyłym dwie krowy, konia i parę wołów.

            Żyły ona bardzo skromnie, ale ich szczęście dobrze wyraża Matka Mathevon: „Nie odstąpiłybyśmy naszego miejsca za żadne skarby świata, tak jesteśmy szczęśliwe, że możemy naśladować ubóstwo naszego Ukochanego Mistrza. W naszych twardych łóżkach śpimy lepiej niż w pałacach królewskich. Jarzyny, chleb, nabiał...Oto nasze pożywienie. Mamy dobry apetyt i zdrowie nam się wzmocniło.”

Dopiero w sierpniu miały własny domek, drewniany, który zaplanował i wybudował ich pracownik, Murzyn. Wkrótce potem 50 dziewcząt zapełniło już szkółkę. Kobiety przychodziły tam także na naukę szycia. Ale najtrudniejsza była sprawa języka i niemożność porozumienia się. Żaden język europejski nie jest podobny do prostej i twardej mowy Indian. Nauczycielki stały się więc znów uczennicami i dwie Indianki uczyły ich tego trudnego języka.

            Po dwóch miesiącach mogły już śpiewać pieśni razem z ludem. Ale daleko jeszcze było do mówienia. Gdy tylko to stało się możliwe, nauczyłyśmy nasze Indianki modlitw kościelnych i litanii do Matki Boskiej, którą się śpiewa w niedzielę po nieszporach.

            Nasz mały domek okazał się po jakimś czasie za mały na rosnącą wciąż liczbę uczennic. Zbudowałyśmy więc z gałęzi salę, gdzie się odbywały lekcje. OO. Jezuici uczyli ludność uprawy roli i ogrodnictwa, a Sacré Coeur szycia, kroju, przędzenia, tkactwa i gotowania. Strój kobiet od przyjęcia Chrztu Św. był bardzo prosty. Owinięte były dwoma łokciami niebieskiego materiału. Mężczyźni zaś nosili długie białe koszule w czasie nabożeństwa, co przypominało szaty dawnych katechumenów.

            Widać już było owoce pracy sióstr: te dusze proste odznaczały się wiarą i gorliwością. Gdy księdza nie było, Indianin zastępował go nie tylko w odmawianiu modlitw, ale głosił kazanie i apostołował swych braci. Matka Duchesne zauważyła, że religia chrześcijańska przemieniała nie tylko duszę, ale i wygląd zewnętrzny tych ludzi. Można było zaraz poznać poganina po ponurym wyrazie twarzy i nędznym wyglądzie. Katolicy mieli pogodne twarze i staranny wygląd zewnętrzny. W sobotę konfesjonały były oblężone, a w niedzielę przeszło 100 osób przystępowało do Stołu Pańskiego.

            Matka Duchesne odżywała w tym środowisku ubóstwa i świętości. Cieszyła się z tego i donosi swojej siostrze: „Moje zdrowie bardzo się poprawiło w tym kraju. Nabrałam sił, mam lepszy wzrok, wszystkie moje zmysły dobrze funkcjonują mimo moich 73 lat.” A Matce Barat zwierza się z tego, że wobec poprawy swego zdrowia chciałaby jechać dalej jeszcze do Gór Skalistych i dodaje: „Tam podobno żyje się ponad sto lat.”

            Ale myliła się co do swego zdrowia. Tylko serce jej było młode. Przyznaje się nawet, że ciężkie prace nie są już na jej wiek. A przede wszystkim trzeba było zrezygnować z nauczenia się języka tubylców. „To strasznie trudna mowa – mówiła – słowa długie po 8 – 10 sylab, brak słownika i gramatyki. Nie myślę, bym mogła opanować taki język.”

            Ale Bogu dzięki istnieje w naszej religii inne apostolstwo niż apostolstwo słowa. Przede wszystkim jest apostolstwo modlitwy. W tym się ćwiczyła przez całe życie. A jedyne jej zadanie w czasie pobytu w Sugar-Creek było trwanie na modlitwie prawie bez przerwy. Indianie widząc ją nieruchomą przed tabernakulum, przejęci podziwem i czcią podchodzili do niej w milczeniu i ukradkiem całowali brzeg jej sukni. Nazywali ją też „kobietą, która zawsze się modli.”

            W niedziele nie opuszczała w ogóle ołtarza, prócz pory obiadowej, a obiad nawet jadła na progu kościoła. Czasem po nieszporach godziła się na przechadzkę po łące. To też była dla niej modlitwa. Kierowała się wtedy ku cmentarzowi Indian i wspominała dawne szczęśliwe czasy Grenoble. Śpiewała swym starczym, załamującym się już głosem pieśni, które niegdyś ułożył ku czci Serca Jezusa O. Barat.

            Przykładem wielkiej świętości Matki, było też apostolstwo przyciągające neofitów do Boga. Na znak czci przynosili jej najpiękniejsze owoce, najświeższe jajka, jak to dawniej czynili swym bóstwom. Wreszcie przez swe cierpienie zdobywała łaski dla swych ukochanych Indian. Okazało się w bardzo krótkim czasie, że tu, jak zresztą wszędzie, gdzie przebywała ma być ofiarą.

            Zdrowie jej, po paru miesiącach poprawy, wywołanej radością z wypełnienia się jej marzenia nie mogło już dłużej unieść tego życia twardego i lodowatego klimatu Sugar-Creek. Zima okazała się niebywale ostra. Jedynym pożywieniem wspólnoty były przez dłuższy czas kartofle, dynie i kukurydza.

            „Matka Duchesne starzeje się bardzo – donosiła przełożona – często choruje. Życie jej tutaj jest za ciężkie na jej podeszły wiek.” Matka Galicyn przekonała się po zwizytowaniu nowej fundacji, że pozostanie tu stanowi dla niej niebezpieczeństwo życia. Tego samego zdania był i biskup po odwiedzinach w Sugar-Creek. Matka Generalna zgodziła się więc, choć z żalem, na powrót niezmordowanej misjonarki do Saint Charles. A dla Matki Filipiny była to ciężka ofiara nie móc zakończyć swych dni wśród Indian. Ale, jak zawsze posłuszna, poddała się decyzji władzy, mówiąc: „Przyczyny tego rozkazu są znane Bogu. To mi wystarcza.” Ale wszystkie jej cierpienia, modlitwy i ofiary przyniosły bogate owoce. Przewodniczący do spraw Indian stwierdził, że OO. Jezuici więcej zrobili dla nich niż liczni metodyści, którzy liczyli, że ich pozyskają dla swej sekty. A wkład, który Matka Duchesne włożyła w ten triumf sprawy Bożej był na pewno wielki. Sama z radością i wdzięcznością stwierdza: „Nabożeństwo do Boskiego Serca i Serca Maryi rozszerzyło się od szczepu Potowatomi aż do sąsiednich Płaskich Głów” Wszystko zapowiada nadejście Bożego Miłosierdzia na te rozległe przestrzenie zamieszkane przez tyle dusz potrzebujących Go tak bardzo.”

 

Rozdział IV - Życie ukryte Matki Duchesne w Saint Charles. 1842-1852.

 

            Po opuszczeniu swej misji u Indian, Matka Duchesne powróciła do Saint Charles by wieść tu życie, którego wielkość i piękno może ocenić jedynie patrząc na nie oczami wiary. Ta ostatnia faza jej życia: ukrycie, wyniszczenie, cierpienie, apostolstwo przez zupełną ofiarę.

            Wygląd domu tego niewiele się do dziś zmienił. Przylega on do kościoła parafialnego, którego chór, wychodzący na Sanktuarium, był zarezerwowany dla zakonnic Sacré Coeur. Do tego chóru przylegała malutka celka. Umeblowanie jej było więcej niż skromne. Niskie łóżko. Stare krzesło, walizka zawierająca listy i pamiątki po Matce Barat, książki pobożne, roczniki Rozkrzewienie Wiary, trochę odzieży i narzędzia pokutne.

            Powracającą Matkę przyjęto w Zgromadzeniu z wielką radością. Stwierdza to w słowach: „Jestem tu otoczona wszystkim, co może mnie zbudować i napełnić wdzięcznością. Wszystkie Siostry i te, które znam i te, których nie znałam otaczają mnie najdelikatniejszymi względami.”

            Ale Pan Bóg nie szczędził swej wiernej Misjonarce nowych ciosów, jakby chciał pokazać, że najmilsze nasze schronienia na tej ziemi są tylko namiotami na pustyni, narażonymi na wichry gwałtowne i niszczące. Teraz groźba zamknięcia obydwóch jej ukochanych domów: Saint Charles i Fleurissant zawisła nad nimi. Najpierw matka Galicyn zdecydowała skasowanie fundacji St. Charles, co Matka Duchesne bardzo głęboko przebolała. Prosi o modlitwę na wszystkie strony, by do tego nie doszło i dodaje: „Jeżeli ta ofiara ma się dokonać, to proście, żebym przed tym umarła. Nie czuję się na siłach znieść takiego cierpienia.”

            A gdzie indziej prosi: „Nie zaniedbuj modlitwy o nasze zmartwychwstanie. Należy podwoić błagania do Św. Franciszka Regis za Saint Charles i Fleurissant.” Pan Bóg ją wysłuchał. Miesiąc potem Matka Barat zezwoliła na zachowanie St. Charles. Drugi cios był boleśniejszy. Fleurissant było jej specjalnie drogie, jak są wszystkie miejsca, gdzie się dużo pracowało i dużo cierpiało. Przeżyła tam razem z pobytem w St. Charles blisko 30 lat. W roku 1846 Matka Cutts, wikariuszka Zachodniej Ameryki, po śmierci Matki Galicyn, uważała za swój obowiązek skasować Fleurissant, kolebkę nowicjatu misji. Matka Duchesne chcąc za wszelką cenę uratować ten drogi dom, ofiarowała się utrzymać go sama z jedną siostrą władającą językami: francuskim i angielskim, prowadzić dalej szkołę, opiekować się kościołem, dbać o księdza.

            Napisała w tym sensie do Matki Barat, ale choć z początku projekt ten miał pewne widoki powodzenia, fundacja we Fleurissant została zamknięta. Jak bardzo to przeżyła świadczą dwa fragmenty jej listów lub wypowiedzi.

  1. Zakończenie jej prośby o uratowanie tego domu: „Jeżeli Matka odmówi mej prośbie, poddam się, ale nigdy się nie pocieszę. Rana jest zbyt głęboka.”
  2. Przez długi czas jeszcze Matka Filipina powtarzała: „Sainte Marie d’en Haut, Fleurissant to dwa miejsca, które tkwią w mojej duszy i pozostaną tam do ostatniej mojej godziny.”

Zresztą wszystko podnosiło jej wzrok ku tej Ojczyźnie, do której co jakiś czas ktoś z jej najbliższych odchodził. Ale jeszcze cięższe doświadczenie ją czekało.  

      Od roku 1847 korespondencja jej z ukochaną Matką Barat urwała się nagle z niewiadomej przyczyny. Wszystkie jej listy zostawały bez odpowiedzi. Później okazało się, że listy jednej i drugiej były konfiskowane przez osobę posiadającą władzę w Zgromadzeniu w Ameryce, a działającą może w dobrej intencji. Matka Filipina nie rozumiała, co się stało, przypisywała sobie winę tego dziwnego zjawiska i ogromnie boleśnie to odczuwała. Nie śmiała już pisać szczerze i wprost do Matki Generalnej. Czyniła to tylko za pośrednictwem Sekretarki Generalnej oficjalnie i ogólnikowo.

      Ze swej strony Matka Barat niepokoiła się bardzo brakiem odpowiedzi na jej listy i tym oficjalnym sposobem korespondencji. Ta dziwna sytuacja trwała przez dwa lata. Można sobie wyobrazić jak się obie tak bardzo zżyte ze sobą Matki nacierpiały!

      Wreszcie się sprawa wyjaśniła, ale dopiero wtedy, gdy Matka Generalna posyłając do Ameryki przełożoną domu Saint Vincent w Kanadzie, Matkę Amelię Jouve, kazała jej zboczyć z drogi o kilkaset mil, by odwiedzić swą ciotkę w Saint Charles. Zaraz też napisała stamtąd do Matki Generalnej: „Jestem u mojej drogiej i czcigodnej ciotki. Zobaczyłam prawdziwą świętą, która jest blisko swego końca. Bardzo jest słaba, czasem ledwo można dosłyszeć jej głos. Przyjęła mnie jak anioła zesłanego z nieba. Ta mężna dusza, której losem był zawsze krzyż, żyła od dawna w stanie nieustannego cierpienia i niepokoju, wyobrażając sobie, że jest źle widziana przez swoje dawne Matki, a zwłaszcza Matkę, że straciła ich zaufanie, itd. Toteż radość jej była ogromna, gdy się dowiedziała, że Matka mnie do niej specjalnie przysłała.”

            Matka Duchesne mogła teraz po dawnemu wyznać Matce szczerze swoje niepokoje i lęki, swój ból, że jest opuszczona, jak jej się wydawało. List swój kończy słowami: „List Matki, moja droga Matka i przysłane podarunki były dla mojej duszy ożywczym balsamem. Jakżeż błogosławię Boga za Jego dobroć!”

            Od tego czasu stosunki między obiema Matkami stały się jeszcze częstsze i serdeczniejsze, a Matka Barat starała się ulżyć, w czym mogła swej wiernej misjonarce, jakby chciała odłapać stracony czas. Ale najcenniejszym darem była nominacja na przełożoną w Saint Charles Matki Regis Hamilton, która była jej ukochaną dawną nowicjuszką. Było to ciche marzenie Matki Duchesne, żeby ostatnie dni życia spędzić z nią i w czasie jej przełożeństwa umrzeć. Zaprosiła ją na mieszkanie do swego pokoju i można sobie wyobrazić jaką opieką i czcią otaczała młoda przełożona swą dawną Mistrzynię.

            Ale jeszcze jedno zagrożenie miało zakłócić spokojną już teraz starość Matki Filipiny. Po raz drugi Saint Charles miało być zamknięte. Ku ogólnej radości, na usilne prośby Matki Duchesne i Matki Jouve, bezcenna kolebka Zgromadzenia w Ameryce została nam zachowań.

            Jak w Sugar-Creek Matka Duchesne modliła się nieustannie. W dnie wystawienia Najświętszego Sakramentu nie można jej było od stóp Pana Jezusa oderwać. Nic nie widziała, nic nie słyszała, poza tym, że Jezus tu jest.

            Raz jedna z młodszych zakonnic zaproponowała jej: „Niech Matka pójdzie na chwilę odpocząć w swoim pokoju. Matka jest zmęczona.” Odpowiedziała jej z uśmiechem: „Jak można się męczyć przy Jezusie Chrystusie?”

            Komunia Św. była jej pociechą. A gdy ktoś wyrażał współczucie z powodu jej złego stanu zdrowia, otrzymał odpowiedź: „Czy można się skarżyć, gdy ma się Jezusa w Tabernakulum?” „Moja starość toczy się bardzo smutno – pisała do Matki Barat – wzrok mój bardzo słabnie, ale Bóg jest zawsze dobry.”

            Utrzymywała zawsze kontakty ze swoimi dawnymi córkami. Była światłem dla swego Zgromadzenia, a listy jej tchnęły najczystszym duchem Ewangelii. To samo światło dawało jej dziwne rozeznanie osób, ich zdolności i wartości.

            W roku 1846 pragnęła, by prowincjalną domów amerykańskich została Matka Hardey. Cztery lata potem Matka Barat usankcjonowała ten wybór, mianując ją asystentką generalną, odpowiedzialną za domy nasze na drugiej półkuli.

            Czuwała więc Matka nad swym ukochanym instytutem, ale przede wszystkim przez modlitwy. Słusznie nazywaną „Charge d’affaires Zgromadzenia.” Modliła się za dzieci, o powołania, za misje, zwłaszcza za swych najdroższych Indian, za grzeszników, specjalnie za miasto Saint Louis, na które spadły wyraźne kary Boże za przekraczanie prawa Bożego. Epidemia cholery spowodowała śmierć 180 mieszkańców. Polecała opiece Bożej Kościół Święty a zwłaszcza wygnanego z Rzymu Papieża Piusa IX.

            Słowem była Mojżeszem stojącym na górze, zawsze rozmodlonym, z rękami i sercem wzniesionym ku Panu, błagającym o zwycięstwo i zbawienie dla ludu izraelskiego.

 

Rozdział V - Rozwój Sacré – Coeur w Ameryce. Ostatnie dni i śmierć Matki Duchesne. 1852.

 

            Przy końcu swego życia Matka Duchesne mogła naprawdę dziękować Bogu za owoce swej pracy w Ameryce. Gdy patrzała wstecz na lata spędzone na tym kontynencie stwierdzała ogromną różnicę w rozwoju kościoła. Teraz był naprawdę katolicki i powszechny. Na pierwszym synodzie Biskup Caroll z trudnością zgromadził 22 księży, a w synodzie powszechnym w Baltimore liczył 33 biskupów, a zamiast 22 misjonarzy było 2 tys. księży. Zamiast 24 tys. katolików, było ich teraz 2 miliony na 20 milionów Amerykanów.

            Rósł też wpływ i znaczenie Kościoła katolickiego, z którym liczono się coraz bardziej. Zgromadzenie podzieliło swe domy na dwa wikariaty: Wschodni i Zachodni. Zachodni Wikariat obejmował całą dolinę Missisipi wraz z fundacjami Indiańskimi. Wiara, uległość i gorliwość Indian przypominały czasy pierwszych gmin chrześcijańskich. Matka Duchesne zachwycała się tym i prosiła, aby dziewczęta indiańskie mogły być dopuszczone do profesji zakonnej.

            Wschód dostarczał jej też wiele pociech. Warto tu przypomnieć słowa Matki Barat z roku 1828 do swej misjonarki: „Luisiana ma na razie dość domów. Czas pomyśleć o Stanach Zjednoczonych wschodnich, a zaczniemy od Nowego Jorku.”

            Kolejno otwierały się nowe domy w różnych punktach Stanów Zjednoczonych i Kanady. Szesnaście ich zawdzięczało swe istnienie działalności osobistej lub inicjatywie Matki Duchesne. W tym czasie Matka Barat pisała do niej: „Moja droga Filipino, ufność w Sercu Jezusa wzrasta i rozszerza się we wszystkich prawie częściach świata. Zewsząd dostajemy prośby o fundacje, którym niestety trzeba odmawiać. Gdybyśmy miały Matki takie gorliwe i ofiarne, jak te, które przybyły z Tobą do Ameryki, nie potrzebowałybyśmy tylu osób i zakładanie fundacji nie przedstawiałoby tylu trudności. Módl się żarliwie, aby Boski Mistrz, ze względu na tyle dusz, które pragną naszego przybycia zesłał nam apostołki według Serca swego. Wysłucha cię z pewnością, moja stara córko, która tak dobrze zrozumiałaś cenę dusz i która nigdy nie cofnęłaś się przed żadną przeszkodą, gdy Jezus Cię powołał, by im przyjść z pomocą.”

            Te liczne fundacje, ten rozkwit Królestwa Jego Serca, owoc jej cierpień, to była nagroda ziemska Matki Duchesne. Zbliżała się też już nagroda niebieska. Serce jej już przebywało w niebie. Lubiła mówić o śmierci jako o wyzwoleniu. Często słychać było jej drżący ze starości głos, gdy stęskniona do nieba śpiewała: „Kiedyż Cię ujrzę, o moja piękna Ojczyzno!”

            Ale równocześnie lękała się sądu Bożego w przekonaniu, że w ciągu długiego życia mało zasług zabrała. Wreszcie donosi ks. Delacroix, który wrócił do Europy: „Oto doszłam do 81 roku. Od 31 lat jestem w Ameryce. Bardzo mało zrobiłam na chwałę naszego Pana. Polecam się modlitwom czcigodnego Księdza i proszę bardzo o szczęśliwą śmierć dla mnie.”

            Nadszedł rok 1852, ostatni w życiu Matki Filipiny. Była coraz słabsza, zdawała sobie doskonale sprawę, że odchodzi. Zdarzały jej się często pewne zaćmienia umysłu, zanik pamięci. I to też, choć bardzo nad tym bolała, gotowa była przyjąć z ręki Bożej, bo, jak mówiła ‘Pan Bóg wszystko robi dla naszego dobra”, ale to przeszło i do ostatniej chwili była zupełnie przytomna.

            Siły fizyczne jednak szybko słabły, więc prosiła o przyjęcie Sakramentu chorych. Napisała też trzy listy pożegnalne do tych, których najbardziej ukochała na ziemi: do Matki Barat, swej rodziny i do misji indiańskiej na ręce O. Smet SJ, z którym od jego nowicjatu była bardzo zżyta. W odpowiedzi Ojciec dziękuje jej serdecznie za wszystko, co dla misji zrobiła i zapewnia o modlitwach wdzięcznych Indian. Tak więc jeszcze w ostatnich dniach życia myślała o swej drogiej misji.

            Ale jeszcze jedną radość miał jej Pan Bóg dać. Była to odpowiedź na jej pragnienie wyrażone po przybyciu do Luisiany. ‘Zdaje mi się, że mogłabym, jeśli Bóg mi użyczy życia, stanąć jeszcze i na kontynencie Ameryki Południowej. Nie spełniło się to dosłownie, ale mogła poznać jeszcze tę, która założyła pierwsze domy w Ameryce Łacińskiej.

            Przybyła bowiem do Saint Charles Matka Cutte, Wikariuszka Zachodnich Stanów wraz z Matką du Rousier, którą Matka Barat przysłała na wizytację domów amerykańskich. Było to dwa dni przed śmiercią Matki Duchesne. Ta przyjęła ją jako przedstawicielkę Matki Generalnej i poprosiła ją o błogosławieństwo i sama też zgodziła się udzielić go jej na nową fundację.

            17 listopada stan chorej wybitnie się pogorszył. Ale, jak zawsze, nie myślała o sobie, lecz o innych. Wieczorem zmusiła Matkę Hamilton, która stale nocowała w jej pokoju, by poszła nieco odpocząć. Gdy ta się opierała powiedziała stanowczym tonem: „Jeżeli Matka nie pójdzie spać, to ja wstanę.” Posłuchała więc, ale wkrótce wróciła, bo stan chorej budził obawy.

            Pokój Matki był nieopalany z jej wyraźnego rozkazu. Jednak w wilię dnia korzystając z jej chwilowej drzemki, wniesiono mały piecyk i napalono. Gdy to zauważyła zrobiła siostrom macierzyńską uwagę i powiedziała: „Ach, myślicie tylko o rzeczach tego świata. Lepiej byście zrobiły mówiąc «Ojcze Nasz» i «Zdrowaś Maryja» dla dobra mojej duszy.”

            Powiedziano jej, że w sąsiednim pokoju zgromadzona wspólnota modli się za nią. „Ach, jak się cieszę, że umieram w domu, gdzie panuje miłość!” Zawołała z radością. Potem wyspowiadała się i przyjęła wiatyk z rąk ks. Verhaegen. Lekarz oznajmił, że koniec się zbliża. Matka jednak wciąż modliła się głośno powtarzając z niesłychaną żarliwością: „Przyjdź Panie Jezu! Jezu, Maryjo, Józefie bądźcie ze mną przy moim konaniu. Oddaję Wam moje serce, mojego ducha, moje życie.”

            W pewnej chwili siostra infirmerka poprosiła: „Niech Matka się modli, bym mogła pójść niedługo za Matką do nieba!”

            „Wcale nie – odpowiedziała żywo, – co by się stało z Matką Przełożoną, gdyby wszyscy poumierali!” Około południa Matka Filipina oddała spokojnie ducha w ręce Ojca. Ciało jej wystawiono w jej małym pokoiku a twarz promieniowała niebiańskim spokojem. Wielu kapłanów, zakonników, świeckich, nawet protestantów brało udział w bardzo uroczystym pogrzebie w ogrodzonym miejscu w ogrodzie.

            Po trzech latach przeniesiono jej zwłoki (które znaleziono niezepsute) do specjalnie na ten cel zbudowanego oratorium na tym samym miejscu.

            Matka Duchesne powiedziała kiedyś: „Zobaczycie, że po mojej śmierci, wszystko ruszy z rozmachem.” Rzeczywiście Zgromadzenie w Ameryce rozwija się i rozszerza z każdym rokiem, a ta, która rzuciła podwaliny pod to dzieło swoim cierpieniem, błogosławi mu teraz z nieba.

© SACRE COEUR - ZGROMADZENIE NAJŚWIĘTSZEGO SERCA JEZUSA