Dawno, dawno temu, za siedmioma morzami, była kobieta, której na imię było Mądrość. Wierna swojemu imieniu, wzrastała w mądrości przekraczającej swój wiek, bo narodziła się z Ognia. Ponieważ nieustannie czerpała życie z Ognia, jej twarz i jej serce jaśniało światłością, która ogrzewała każdego kto ją znał.

Dawno, dawno temu, za siedmioma morzami, była kobieta, której na imię było Mądrość. Wierna swojemu imieniu, wzrastała w mądrości przekraczającej swój wiek, bo narodziła się z Ognia. Ponieważ nieustannie czerpała życie z Ognia, jej twarz i jej serce jaśniało światłością, która ogrzewała każdego kto ją znał.

Pewnego dnia, przyjaciel przyszedł do Mądrości z wiadomością. Przekazał jej, że na pokrytej śniegiem górze odległej o wiele dni drogi, na końcu królestwa, ktoś na nią oczekiwał.

Ludzie na szczycie góry mieli Czekającą w pogardzie. Mówili, że jest bardzo głupia – marzycielka marzeń. Dziwne. Wszyscy wiedzieli, że roztrwoniła rodzinny majątek, by kupić stary zapadły dworek. Marzyła by ponownie rozpalić w nim serce, ale wszyscy, którzy przychodzili by dzielić jej marzenie, prędko odchodzili. Mieszkańcy miasteczka szeptali między sobą, że Marzycielka ma to na co zasłużyła. Któż potrafiłby z nią żyć? Nazywali ją Samotną.

Samotna pozostawała w starym zapadłym dworku, mając nadzieję wbrew nadziei na odwilż na górze i nadejście Wiosny. Pewnego zimnego grudniowego popołudnia, Wiatr zagwizdał samotnym westchnieniem w długich pustych korytarzach dworku. Samotna westchnęła wraz z nim: „Jak długo?” Stało się to dla niej refrenem. Lecz śpiewała go dzielnie Wiatrowi, i miała nadzieję wbrew nadziei.

Tego dnia, coś niezwykłego się wydarzyło. Dorożka zatrzymała się przed samym dworkiem. Stare dębowe drzwi rozbrzmiały delikatnym lecz nieustępliwym pukaniem. Samotność otworzyła drzwi i młoda kobieta przekroczyła próg. Była wątłej postawy, ale pełna życia, z błyskiem w oku, bystrością – jak radosny ogień płonący w sercu. Samotna płakała z radości. Upadła do stóp młodej Mądrości i ucałowała je.

„Jakże piękne na szczycie góry są stopy tego, kto przynosi wieści o pokoju!” - wykrzyknęła. Nagle Wiatr zaczął znowu wiać przez stary dworek i miejsce wypełniło się bursztynowym światłem słońca.

Mijały lata. Samotna, ogrzewana przez ten sam Ogień co młoda Mądrość, zaczęła sama wzrastać w mądrości. Nie przestawała jednak marzyć o wielkich rzeczach. Teraz, kiedy jej szczyt góry znów stał się promieniejącym sercem, marzyła o ludziach daleko za morzami, wołających ją głosem Wiatru. Właściwie marzyła o ludziach z całego świata i noc po nocy słyszała ich wołanie.

Młoda Mądrość słuchała z delikatnością i często o marzeniach Samotności, ponieważ je podzielała. Błogosławiła Marzycielkę, uśmiechała się delikatnie i mówiła: „Jeszcze nie. Kiedy nadejdzie czas, będziemy wiedzieć. Zobaczymy to w świetle Ognia. Na razie musisz czekać”.

Po raz kolejny, Samotność czekała. Nie zawsze czekała z cierpliwością. Ale dbała o swoje marzenie w codzienności. Była pierwsza by wstać o świcie i ostatnia by kłaść się spać i cały dzień robiła co w jej mocy, by dbać o Ogień. Ale w nocy była wolna. Jej serce wyruszało na dalekie wędrówki, i z pomocą Wiatru, rozprzestrzeniała Ogień na cztery krańce świata.

Kolejna zagadka, zbliżona do tej, zaczęła pojawiać się w kochającym sercu Samotności. Im więcej uczyła się od Mądrości, tym bardziej jej serce wypełniali ludzie. Po kilku latach były ich tysiące. Niektórych z nich poznała osobiście. Ale większość – zdecydowaną większość – poznała tylko w świetle Ognia, który płonął w niej. Zaczął to być tak silny płomień, że błagała Mądrość, by pozwoliła jej wyruszyć do krainy jej marzeń, bo inaczej zginie od czekania. Ponownie śpiewała Wiatrowi: „Jak długo?”. Nareszcie pewnego dnia, Mądrość spełniła prośbę przyjaciółki. Pobłogosławiła ją pięknym i silnym błogosławieństwem – tym samym, które wypowiada się nad kadzidłem: „Bądź błogosławiona przez Tego, na którego cześć zostaniesz strawiona”.

To błogosławieństwo zapadło głęboko w serce Samotności. Czuła się już nieco staro kiedy wraz z przyjaciółkami niosły Ogień na drugą stronę oceanu w rozklekotanej łodzi. Pięć lat później czuła się już wiekowa. Napisała do Mądrości: „Moje włosy są siwe, nie mam zębów, a moje dłonie są spierzchnięte od pogody i pracy”. Ściśle mówiąc, Samotność stawała się coraz biedniejsza z wiekiem. Większość jej marzeń legła w gruzach bezpowrotnie. Nie było łatwo na tej ziemi za morzami.

Mijały kolejne lata i stawała się jeszcze starsza, bardziej zmęczona, ale cierpliwa. Jej serce czekało na słowo od Mądrości, ale głos na Wietrze milczał. Czuła się opuszczona i bezużyteczna. Ale, w Wiosenne dni, jedno marzenie wciąż poruszało jej serce. Marzenie tlące się jak żar, prawie pogrzebane w popiele. Ludzie, którzy zwabili ją zza oceanów, wciąż ją wzywali. Pojedzie do nich tylko raz przed swoją śmiercią.

Podróż była długa i prawie ją wykończyła. Nie mogła mówić do tych, których kochała. Spędzała więc swoje dnie przed Wielkim Ogniem i ogrzewała ich Płomieniem, który ją trawił. I widzieli Ogień w jej oczach, kiedy na nich patrzyła. I czuli Ogień w jej trzęsących się starych dłoniach, kiedy błogosławiła ich dzieci. I widzieli Ogień tlący się w niej kiedy przyjechała i odjechała. I wiedzieli, że ona tak naprawdę nie była Samotnością. Gdyż oni sami, i wielu po nich, byli jej dziećmi.

Nadali więc Samotności nowe imię. Nawali ją Kobieta Która Zawsze Się Modli. Wiedzieli, że jest błogosławiona przez Ogień, który ją trawił. I wiedzieli, że oni są błogosławieni przez ten sam Ogień.

Pewnego dnia, na końcu wędrówki, Samotność wydała ostatnie tchnienie. Wiatr na równinach porwał jej oddech. Śpiewał radośnie wśród dębów wielu krain, rozpalając ogień wciąż na nowo. Nawet po dziś dzień.

 

-- Rose Marie Quilter, RSCJ, 1 lipca 1987
tłumaczenie z j. angielskiego: Ewa Bartosiewicz